Bez zbędnych formalności, powtórka rozdziału pierwszego:
Rozdział 1. - "Złe przeczucie, las i zasłona"
W niedzielny poranek, około szóstej, stajnia budziła się leniwie do
życia. Konie prostowały nogi, co można było wywnioskować po głośnym
trzaskaniu zastanych stawów, jakie dochodziło z większości boksów.
Łaciatek leniwie żuł siano, które, o dziwo, zostało mu po wczorajszej
kolacji. Patrzył lekko nieprzytomnym wzrokiem na piękną Biankę w boksie
na przeciwko. Uważał ją za dar niebios, który niespodziewanie zamieszkał
tuż obok niego. Od tego czasu codziennie uciekał do świata marzeń
właśnie w taki sposób, jaki prezentował tego ranka.
- Jaka ona jest piękna... - myślał - Ta grzywa, połysk sierści, szlachetna postawa!
Łaciatek zagłębił się jeszcze bardziej w swoich marzeniach, wyobrażając sobie siebie i Dar Niebios razem na jednym pastwisku.
Wiadomo, że zakochany samiec zawsze będzie uważał swoją ukochaną za
najpiękniejszą, ale w tej kwestii jednak Łacio miał całkowitą rację.
Srebrzysta, choć w dokumentach zapisana jako siwa, sierść Bianki
połyskiwała w porannym słońcu, którego promienie wkradały się przez małe
okienko w dachu prosto do jej boksu. Długa, błyszcząca i idealnie
wyczesana grzywa spadała delikatnie na głowę i szyję swojej
właścicielki, nadając jej wspaniałą aurę tajemniczości. Koniec ogona
bezwładnie włóczył się po ziemi, co oczywiście nie odbierało Biance
uroku. Była typowym koniem pokazowym, choć prawdę mówiąc niechętnie
brała udział w jakichkolwiek wystawach. Najchętniej nie robiłaby
niczego.
Około siódmej wszystkie konie były już na nogach i niecierpliwie
czekały na śniadanie. Stajenny nie przychodził już długo, normalnie
krzątał się po stajni zanim konie zdążyły się obudzić. Mieszkańcy stajni
zaczynali się denerwować. Było już piętnaście minut po siódmej,
dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści... Pierwszy wybuchnął Łaciatek,
który od zawsze nosił miano największego żarłoka w całym towarzystwie:
-
Co to ma znaczyć?! - zarżał głośno, wyrywając inne konie z głębokiej
zadumy, w jaką pogrążały się, gdy nie działo się nic ciekawego -
Jestem głodny, chcę jeść!
-
Uspokój się - parsknął Tin-Can, u którego dobry apetyt gościł bardzo
rzadko. - Możesz chyba chwilę poczekać? Nie każdy jest głodny! - dodał.
Łacio nic nie odpowiedział, nie chciał się kłócić z innymi. Zawsze nosił miano anioła i tak miało pozostać, choćby miał za to zapłacić najwyższą cenę.
- I nie każdy jest pupilkiem stajennego... - dopowiedział swoje trzy grosze Racket i cała stajnia zarżała z rozbawieniem.
Łaciatek i Racket nigdy się nie lubili. Wszyscy o tym wiedzieli i na
ich kłótnie nie zwracali uwagi. Jednak zawsze bardziej lubili Racketa,
głównie ze względu na jego osiągnięcia, dlatego zazwyczaj stawały po
jego stronie. Rzeczywiście potrafił im łatwo zaimponować, wystarczyło
pochwalić się medalem na wojewódzkich mistrzostwach albo najlepszym
wynikiem w jednym z nic nieznaczących konkursów Pucharu Polski. Konie
nie znały się na podziałach administracyjnych, więc byle co było dla
nich czymś wielkim. Oczywiście, Racket mógłby startować w lepszych
zawodach, ale mogąc tak łatwo zdobyć przychylność całej stajni
zwyczajnie nie chciał się wysilać.
Jedynym wyjątkiem był Łaciatek. Jak na konia był niezwykle inteligenty i
dobrze wiedział, czym jest powiat i jakim malutkim punkcikiem jest
Polska na mapie. Nie próbował podważać osiągnięć swego wroga, bo
wiedział, że konie i tak nie będą go słuchać.Sam nie miał zresztą prawie
żadnych osiągnięć w zawodach. Pozostawało mu tylko siedzieć w cieniu
chwały Racketa i mieć swoje, ukryte głęboko w sercu zdanie, którego
głośno nie wyrażał nigdy, a które i tak wszyscy znali.
Koniec końców Łaciatek i Racket mocno się nienawidzili i przy każdej
okazji starali się sprawić przeciwnikowi przykrość. Denerwował ich też
fakt, że ich właściciele nie mieli nic do siebie, a nawet byli dobrymi
przyjaciółmi, o ile można mówić o przyjaźni między nastolatką i dorosłym
mężczyzną. Jedno jednak Łaciatka i Racketa łączyło: miłość do Bianki.
Tymczasem
była już godzina późna rano, według zegara końskiego, a według zwykłego
po prostu ósma, kiedy nagle otworzyły się drzwi stajni. Na to miłe
skrzypienie zawiasów konie od razu podniosły głowy. Do środka wkroczył
uśmiechnięty staruszek, który pracował tutaj na stanowisku stajennego od
zawsze, pamiętały go nawet najstarsze konie. Wszystkie go kochały i
szanowały, tak samo jak on kochał i szanował je. Został powitany
radosnym parskaniem. Za nim wszedł dziwny osobnik w ciemnych okularach i
eleganckiej marynarce. Nie wyglądał na zbyt inteligentnego, ale to co
trzymał w ręku miało większe znaczenie.
Łaciatek mimo swojego intelektu nigdy nie mógł oprzeć się jedzeniu. Czy
to śniadanie, czy obiad albo kolacja, zawsze musiał dostawać większe
porcje. Z początku nie chciano mu dawać tyle jedzenia, ale z czasem
zmienili zdanie. Łacio był dobrze wysportowany, więc więcej jedzenia
oznaczało dla niego jedynie więcej energii, a nie więcej zbędnych
kilogramów.
Wróćmy jednak razem z myślami Łaciatka do tego, co dziwny osobnik miał
ze sobą. Stał teraz przed boksem Bianki i rozmawiał o czymś ze
stajennym, więc można było dokładniej się przyjrzeć wielkiemu workowi
marchewek, który trzymał w prawej ręce. Jednak dla prawdziwego smakosza
samo patrzenie nie wystarczy. Łacio już wyciągał głowę, żeby zdobyć
należne mu pomarańczowe trofeum, kiedy odepchnął go mocny zapach, znaczy
smród, jak na koński nos, jakichś luksusowych perfum. Zrezygnowany
kichnął mimowolnie. Zabrał się więc za siano i zaczął przysłuchiwać się
rozmowie dziwnego osobnika ze stajennym.
-
Dziś będziesz się zajmował Bianką, Maćku - mówił stajenny wskazując na
Dar Niebios. - Twoim zadaniem będzie jej wyczyszczenie i nakarmienie.
"A więc ma na imię Maciek... Fascynujące!" - pomyślał Łaciatek z lekką ironią. - "Ale chwila, on ma się zajmować Bianką?!"
Bianka miała swojego właściciela, który kochał ją bezgranicznie,
codziennie do niej przychodził i spełniał wszystkie jej zachcianki.
Dlaczego więc teraz miał się zajmować nią jakiś dziwak w garniturze? To
nawet dla mądrego Łacia było niezrozumiałe.
Tymczasem dziwak i stajenny udali się w stronę siodlarni i kontynuowali rozmowę.
- Musisz się przebrać, mój drogi - powiedział stajenny z uśmiechem. - Szkoda troszkę tej marynarki...
-
Wiem, wiem. Mam tutaj odpowiednie ubranie - podniósł lewą rękę, w
której trzymał niewielki, zielony plecak. Łaciatek dopiero teraz go
zauważył.
- W takim razie chodź, przebierz się i weź szczotki Bianki.
Dalsze
słuchanie tej rozmowy nie miało sensu, zwłaszcza że w końskim świecie
działy się ciekawsze rzeczy. Racket wychylił głowę ze swojego boksu w
stronę Bianki i wypowiedział do niej te oto słowa, które wprawiły i tak
już nieszczęśliwego Łaciatka w jeszcze gorszy humor:
-
Oh, my lovely - zaczął podlizywać się swoją nikłą znajomością
angielskiego. Łacio parsknął zniesmaczony. - You are realy beautiful! -
ciągnął swą wypowiedź Racket.
"Teraz
zauważyłeś?" - przebiegło przez myśl Łaciatkowi. Na szczęście nie
wypowiedział tego na głos. Racket nie znając tych myśli kontynuował
swoje popisy językowe.
- I just want to say - przerwa pełna napięcia...
"That I'm too stupid to speak English" - pomyślał pełen złości Łacio. Jednak zakończenie tej wypowiedzi było zupełnie inne.
- That I love you - dokończył wreszcie Racket i spojrzał pytająco na swoją ukochaną. Łaciatek ledwo usłyszał jej odpowiedź:
- I love you, too, Racket.
Tego było już za wiele! Wiadomo, że Racket robił mu na złość, ale żeby
Bianka tę miłość odwzajemniała?! Wiedział, że obaj kochają tą samą
klacz, ale wiedział też, że Bianka zawsze odprawiała swoich adoratorów z
kwitkiem.
Z zamyślenia wyrwali go Michał i Alicja, to jest pan Racketa i pani
Łaciatka, której z całego serca nie znosił. Tylko jej ojciec był dla
niego dobry i tylko dla niego jako tako Alicję szanował.
Jednak nie tylko to Łaciowi się nie podobało. Ponieważ między Michałem i
Alą był pewien rodzaj przyjaźni, często jeździli razem na wycieczki do
lasu. Na szczęście, dzięki swojemu łagodnemu usposobieniu dzielnie
znosił te jazdy, choć jego myśli biegły zupełnie innym torem. Przez to
Alicja i Michał byli utwierdzeni w fałszywym przekonaniu, że ich konie
lubią się tak samo jak oni sami.
Podczas tych rozmyślań Alicja zdążyła mu już założyć różowy (o,
zgrozo!) kantar. Fakt, że był wałachem, ale cały czas jednak facetem!
Nienawidził tego kantara tak samo jak całej Alicji, za każdym razem
myślał tylko "Cóż to za upokorzenie!" i poddawał się krytycznemu
spojrzeniu kolegów.
Była śliczna pogoda, więc wszyscy wyszli na zewnątrz. Łaciatek i Racket
musieli znosić męczarnie stania obok siebie, Bianka stacjonowała na
przeciwko nich i obaj mogli się jej przyglądać, na co oczywiście żaden
nie chciał się odważyć. Michał zabrał się za czyszczenie swojego
pupilka, ale już po chwili gdzieś wyszedł, jak to miał w zwyczaju.
Szybko jednak wrócił z siodłem i ogłowiem, założył je Racketowi i poszli
na ujeżdżalnię.
Łacio stał przywiązany do słupa cudownym sposobem Alicji, która na
chwilę obecną udała się za Michałem. Maciek cały czas prowadził
pogawędkę ze stajennym i nie mieli zamiaru szybko jej kończyć, gdyż
temat zszedł na samochody wyścigowe. Warunki były więc idealne.Nie
czekając dłużej dzielny wierzchowiec w różowym kantarze przeszedł do
czynów. Nie wiadomo, czy to on był aż tak mądry, czy Ala była aż tak
głupia, że nie potrafiła go przywiązać do słupka. Łaciatek oswobodził
się jednym szarpnięciem i ostrożnie podszedł do Bianki. Stała piękna jak
zwykle w sierpniowym słońcu, ze swoją błyszczącą grzywą i ogonem...
Łacio szybko wyrwał się z rozmarzenia i zaczął realizować swój plan.
- Cześć, co słychać? - zaczął nieśmiałym akcentem. - Chcąc nie chcąc słyszałem twoją rozmowę z Racketem...
- I co z tego? - przerwała mu ze zniecierpliwieniem. - Ty zawsze podsłuchujesz.
Łaciatek został zbity z tropu. Taka delikatna dziewczyna i takie mocne słowa?
-
Nie no... bo tego, znaczy ten... no... - całkowicie się pogubił. - Ja
tylko chciałem cię zapytać, czy... - wziął głęboki oddech, jak to musiał
zawsze robić w trudnych momentach rozmowy - czy ty naprawdę kochasz
Racketa?! - wyrzucił z siebie ostatnie słowa z wyraźną ulgą i głośno
parsknął. Z napięciem czekał na odpowiedź.
-
A co cię to obchodzi? - odcięła się, ale od razu sprostowała swoją
odpowiedź. - A właściwie to nie, nie kocham go, ale nie chcę robić mu
przykrości.
W
ten oto sposób Łaciatek został zbity z tropu po raz drugi. Miał już się
nawet pogodzić z sytuacją i wrócić na swoje miejsce przy drążku.
-
I ma taki wielki autorytet u wszystkich w stajni - dodała jeszcze, na
które to słowa Łacio prychnął z pogardą. "Wielki mi autorytet!" -
pomyślał. - "Oszust i tyle!" Nie wyraził tego głośno, ale w zamian
powiedział coś właściwie dużo gorszego:
- I tylko dlatego... dlatego mówisz temu palantowi, temu idiocie, że go kochasz?!
Biance chwilowo odebrało mowę, ale po chwili zebrała się w sobie i zaczęła uspokajanie swojego kolegi.
- Łaciatek, posłuchaj mnie - odezwała się ostro. Od razu na nią spojrzał. - Gdybym mu odmówiła nie dałby ci spokoju...
- A to niby dlaczego? - zapytał, choć dobrze wiedział, o co chodzi.
-
Dlatego, że uważam cię za lepszego od niego. O wiele! I to we wszystkim
- dodała, wprawiając siebie i Łacia w dużo lepszy humor.. Ba, we
wspaniały humor!
"Ona odwzajemnia moją miłość" - zachwycał się w duchu Łaciatek. Był wręcz wniebowzięty.
I wtedy przyszła Alicja, wyrywając zakochanych z zamyślenia, ale zła bynajmniej nie była.
- Łaciusiu, jak ty się odwiązałeś? - zapytała słodkim głosikiem. - Niedobry konik! Tak nie wolno!
Biedny Łaciatek zastanawiał się czasami, czy nie wygląda na cofniętego w
rozwoju. Oczywiście tak nie wyglądał, ale w towarzystwie swojej pani
mógł się tak poczuć. Na szczęście była to jedyna osoba, która go za
takiego uważała.
Tymczasem został on już wyczyszczony oraz osiodłany. Ala odwiązała go
(bardzo się przy tym trudząc) od słupa, dosiadła swego wierzchowca i
pojechali na jazdę w teren.
Teren nigdy nie był zbytnio ciekawy. Łaciatek był przyzwyczajony do
lasu, bo jeździł tam prawie codziennie. Znał trasę ich wycieczek na
pamięć (choć Alicja myślała, że to jej magiczne moce): codziennie w tym
samym miejscu miał ruszyć kłusem, codziennie w tym samym miejscu
zagalopować, codziennie przejeżdżał koło tego samego drzewa, którego w
swoim czasie się bał... i dzięki temu strach w końcu minął. Właściwie
maneż odwiedzali tylko przed zawodami, w których niezbyt często brali
udział. Dla Łacia była to oczywiście miła odmiana, ale tej niedzieli Ala
nie myślała w ogóle o startach i musiał znieść kolejny nudny teren.
O dziwo, ten teren nie był wcale nudny. Niby jechali tą samą trasą, ale
Łaciatek już czuł, że coś się święci. Jechali spokojnym kłusem, kiedy
nagle złe odczucie zaczęło się powiększać. Po chwili było to tak
uciążliwe, że Łacio musiał dać mu jakiś upust. Zagalopował. Na nic się
zdało rozpaczliwe szarpanie za wodze, jak i na nic się zdało samo
galopowanie: złe odczucie nie zmniejszyło się, wręcz przeciwnie - znowu
zaczęło się powiększać. Łaciatek postanowił odnaleźć jego źródło.
Ruszył cwałem i gwałtownie skręcił. Alicja ledwo trzymała się w siodle,
krzyczała i szarpała za wodze, co w tym wypadku nie miało żadnego sensu.
Jeśli koń coś postanowi, to skończyć musi. Jednak teraz koniec nadszedł
niespodziewanie szybko i w niespodziewanym miejscu. Oto przed nimi, na
gałęziach dwóch rozłożystych dębów wisiała czarna zasłona. Łaciuś
zatrzymał się raptownie, wyrzucając Alicję przed siebie.
Byłby z tego bardzo zadowolony, gdyby nie fakt, że jego pani po prostu
nigdzie nie było. Przed zasłoną, za zasłoną, pod zasłoną, nad zasłoną,
obok zasłony, w zasłonie... Łaciatkowi zaczęło brakować możliwych do
sprawdzenia miejsc. Jego pani nie było i tyle. Nie mógł się bez niej
pokazać w stajni i mimo radości z jej upadku był nieco strapiony.
Czekał zamyślony na... właściwie to w takiej sytuacji mógł czekać
jedynie na cud. Przystanął pod drzewem i zaczął spokojnie obgryzać
liście z pobliskiego krzaczka. Postał tak przez chwilę, po czym jeszcze
raz rozejrzał się po okolicy, ale niczego nadzwyczajnego nie zauważył.
Wrócił pod swoje drzewo i dla odmiany zabrał się za przeżuwanie trawy.
Czekał dalej.
W końcu się doczekał. Tętent kopyt wyrwał go z zamyślenia. Łaciatek w
mgnieniu oka porzucił smutne myśli i odwrócił się w kierunku, z którego
owy dźwięk pochodził. Ścieżką galopowała Bianka z Michałem na grzbiecie.
Jej srebrzysta grzywa powiewała na wietrze, sierść błyszczała w
słońcu... Ale chwila... Michał na Biance? Nawet mądremu Łaciowi niektóre
rzeczy nie mieściły się w głowie. Klacz zahamowała raptownie, choć z
wielką gracją przed zasłoną. Łaciatek gotów był mieć déjà
vu, ale Michał mu to uniemożliwił nie wpadając na zasłonę. Poprawił
swoją pozycję w siodle i rozejrzał się dookoła. Jego uwagi nie przykuła
wcale zasłona, która bez wstydu wisiała sobie w lesie, a Łaciatek.
-
Gdzie jest Ala? - zapytał Michał pobliskie drzewo. Pytanie miało być
jednak skierowane do Łacia, który absolutnie się tym nie przejął i zajął
się przepytywaniem Bianki:
-
Co się stało? Co ty tu robisz? Dlaczego przyjechałaś z Michałem? -
chwilowo zabrakło mu tchu i Dar Niebios wreszcie mógł odpowiedzieć.
-
Racket zniknął! - zaczęła wyjaśniać smutnym głosem, co Łacia wprawiło w
czystą furię. - Zrzucił Michała i pocwałował do lasu, teraz go nigdzie
nie ma, więc Michał wybrał się na poszukiwania i wypadło akurat na mnie.
I tak sobie jechaliśmy, aż nagle poczułam coś niedobrego... i
przybiegłam tutaj, pod tę dziwną zasłonę.
-
Ciekawe... Wszystkie konie dziś ciągnie do tej zasłony... Przybiegłem
tu z godzinę temu, zatrzymałem się, Alicja spadła i teraz jej nie ma. A w
stajni przecież nie mogę się bez niej pokazać!
-
Może ta zasłona pochłania wszystko, co jej dotknie? - zasugerowała
Bianka patrząc na Michała, który wreszcie zwrócił uwagę na zasłonę i
podszedł do niej bliżej. Łaciatek również odwrócił się w tamtą stronę. -
Tak mi się wydaje - dodała Bianka, kiedy biedny Michał został
wciągnięty w niewiadome miejsce przez czarną zasłonę.
- Dobra, idziemy tam! Ktoś musi rozwiązać te sprawę!
Konie podeszły do tajemniczego obiektu i dotknęły go głowami.
No i za chwilkę rozdział drugi. Rozdział drugi w całości! :P
No i za chwilkę rozdział drugi. Rozdział drugi w całości! :P
Cudowny rozdział c:
OdpowiedzUsuń