Teraz rozdział drugi w całości, czyli trochę więcej, niż zaprezentowałam wcześniej. Miłego czytania!
Rozdział drugi - Co jest za zasłoną?
Łaciatek i Bianka poczuli ostre szarpnięcie i zostali wessani przez
zasłonę. Nie było to zbyt przyjemne uczucie, więc zamknęli oczy. Kiedy
je otworzyli, zobaczyli, że leżą na trawie. Choć właściwie nie byli
pewni, na czym leżą, bowiem trawa ta była... fioletowa. Konie zaczęły
rozglądać się dookoła. Spojrzały na siebie ze zdziwieniem, które było w
pełni uzasadnione: Bianka zrobiła się czarna, a sierść Łacia zdobiły
niebieskie łaty. Oboje byli bardzo zdziwieni zarówno swoim wyglądem, jak
i wyglądem otoczenia. Na żółto-pomarańczowym niebie świeciło, o ile
można tak powiedzieć, czarne słońce, wokół nich rozciągał się fioletowy
step, trochę dalej pola pełne niebieskich kłosów zbóż, a w okolicach
białej zasłony - fiołkowy las. Po krótkim rozeznaniu w sytuacji Bianka
wiedziała już, o co chodzi.
- Słuchaj, to jest kraina w negatywie, rozumiesz? - podzieliła się swoim spostrzeżeniem.
- Tak, wszystkie kolory są zamienione na swoje odwrotności, na przykład
czarny na biały - tłumaczył bez potrzeby Łacio. - Tak więc cały
krajobraz jest zupełnie normalny. Stoimy na zielonej trawie, tam masz
złote pola, ciemny las, niebo jest niebieskie, słońce jasne... No i
jeszcze czarna zasłona...
- Czyli jesteśmy jakby po jej drugiej stronie! Poznaję to miejsce, ty pewnie też?
- No jasne, chodźmy w takim razie szukać innych, raczej się tu nie zgubimy... - zarządził Łacio.
Ruszyli w drogę.
Tymczasem Michał siedział nad jeziorem razem z Alicją i Racketem, choć ten ostatni właściwie nie siedział. Rozmowa się nie kleiła,wszyscy zajęci byli swoimi rozmyślaniami, z każdy myślał oczywiście o czym innym. Michał planował powrót, Alicja umierała z tęsknoty za Łaciem, a Racket myślał o pysznej, fioletowej trawie, jaką przyszło mu jeść tego wieczora.
Zbliżał się zachód słońca. Niebo nareszcie nabrało normalniejszych barw i stało się przynajmniej turkusowe. Dookoła robiło się coraz jaśniej i wreszcie można było coś dokładniej obejrzeć. Pierwsze obiekty obserwacji były cokolwiek zaskakujące.
Łacio i Bianka powoli zbliżali się do jeziora. Przystanęli na chwilę na wzgórzu, żeby rozejrzeć się po okolicy. Pierwszym żywym stworzeniem, jakie zobaczyli, był niestety Racket, którego widok od razu zepsuł im humor. Potem spojrzeli na kolejne żywe istoty i akurat musieli spojrzeć na Alę, ale chwilę później zobaczyli również Michała.
- Czyli jesteśmy w komplecie - skwitowała Bianka.
- Ciekawe co się stało z Łaciusiem i Bianeczką... - zastanawiała się na głos zmartwiona Alicja, próbując zacząć jakąś rozmowę. - Pewnie wrócili do stajni...
- Nie jestem do końca tego pewien - odrzekł Michał i wskazał na wzgórze, na którym wdzięcznie stały dwa kolorowe konie. Alicja spojrzała w tamtą stronę i omal nie rzuciła się koledze na szyję.
- To Łaciuś i Bianeczka!! - wrzasnęła. - Przyszli tu za nami! Kochane koniki!
Michał niepostrzeżenie przejechał sobie ręką po twarzy. Takich zachować Ali naprawdę nie znosił, ale ogólnie była całkiem miła. I ładna, a to oczywiście miało ogromne znaczenie.
Dziewczyna nie pozwoliła mu jednak dokończyć myśli. Tego też nie lubił, bo myślenie było dla niego czymś przyjemnym. Nie miał jednak wyboru i musiał udać się na wzgórze, żeby serdecznie powitać konie, których pojawienie się tutaj było dla niego od początku oczywiste.
Gorąco witane przez Alę konie miały jednak inne zajęcia, mianowicie przyglądanie się swoim właścicielom. Wyglądali jak kosmici: mieli niebieskie twarze i fioletowe koszulki, które normalnie miały kolor zielony i były znakiem przynależności do klubu "Podkowa", działającego w ich stajni już od kilku lat. Najciekawiej, bo przynajmniej ładnie, wyglądały ich granatowe spodnie i białe buty. Konie przyglądały się temu ze zdziwieniem, które jednak nie minęło tak szybko i jeszcze następnego dnia miały problemy z ich normalnym postrzeganiem.
Ciężko było spać w taką jasną "noc", ale byli dość zmęczeni i nie mieli innego wyboru. Na szczęście była wtedy pełnia i zyskali trochę cienia.
Rano wstali dość późno, bo po wschodzie słońca nareszcie pojawiło się trochę potrzebnej im ciemności. Ale trzeba było wstawać i ruszać w drogę ku rozwiązaniu tej sprawy. Ich śniadanie nie było zbyt bogate, mieli możliwość zjedzenia jedynie kilku gruszek, które jakimś cudem znaleźli obok siebie. Konie były za to wniebowzięte i od samego przebudzenia obżerały się trawą. Śniadanie zamknęła kąpiel w jeziorze i mogli wreszcie ruszać w drogę.
Nie było to wcale ładne, w końcu nikt nie lubi chodzić w ciemności. Innego wyjścia jednak nie było, przecież musieli się jak najszybciej stamtąd wydostać. Powędrowali w stronę pól.
Konie niezbyt dobrze znosiły tę wędrówkę. Wszystko wydawało się takie straszne i mroczne... Najbardziej bał się Racket, który odskakiwał w bok przy każdym krzaczku. W nocy spać się nie dało, w dzień chodzić też nie, choć okolicę znał bardzo dobrze. "Beznadzieja" - myślał w każdej wolnej chwili. Był koniem płochliwym - to fakt, ale na tych terenach wszystko znał dobrze i przestało mu to przeszkadzać.
Łaciatek i Bianka widzieli oczywiście nieszczęście kompana, ale nie mieli oczywiście zamiaru go pocieszać, wręcz przeciwnie - obśmiewali głośnym rżeniem wszystkie sytuacje, w których Racket zrzucał Michała uciekając cwałem przed pokrzywionym drzewem. Sam "poszkodowany" oczywiście nie był zadowolony z takiego przebiegu sprawy, ale nie miał odwagi, żeby powiedzieć to głośno.
Pobyt w tej krainie był za to bardzo przyjemny dla zakochanej pary, która mogła spędzić ze sobą nareszcie więcej czasu. Spędzali razem niemożliwe do przespania bezksiężycowe noce, a czasem nawet odłączali się od reszty grupy w celu spędzenia kilku chwil na osobności. Sposób ten został jednak szybko odkryty i musieli zaprzestać jego stosowania. Czas spędzali jednak równie miło nabijając się z Racketa albo żartując.
Konie, mimo nieszczęścia Racketa, które nie wynikało tylko ze strachu, ale również ze szczęścia Łacia i Bianki, były bardzo zadowolone z jakości pożywienia i napojów w negatywnej krainie. Pełno fioletowej trawy, lepszej oczywiście od zielonej, oraz sterylnie czystej wody w jeziorze, którą spokojnie mogli pić ich dwunożni towarzysze. Ludzie jednak samą trawą najeść się nie mogli, nie wystarczały im też owoce, choć mieli ich od dostatkiem. Cierpieli więc głód, a przez sen majaczyli coś o pieczeni i schabowym. Konie niejedzące mięsa mogły się jedynie zastanawiać, czym są owe potrawy. "Schab-owy... Owy schab? Ale jaki schab niby?" - zastanawiały się każdej nocy.
Ciekawym faktem było to, że w tej krainie nie było żywego ducha, może oprócz nich, choć niektórzy mogli zostać powoli zaliczani do nieżywych. W sadzie pana Kowalskiego nie było nawet ptaszków, które pożerały wszystkie jego owoce i których tak bardzo nienawidził. "Może powinien się tu przeprowadzić?" - myślał Michał ze złośliwym uśmieszkiem. Akurat pana Kowalskiego nie lubił i starał się robić mu na złość we wszystkich możliwych momentach. W ogrodzie Bednarskich było identycznie.
Ostrożnie otworzyli drzwi domu - były otwarte. W środku nie było nikogo, za to było wszystko, co do szczęścia potrzebne. Dom Kowalskich był lepiej urządzony i Ala nawet miała zamiar się tam pierwotnie wprowadzić, ale Michał storpedował jej plany,
- Ja w domu tego palanta mieszkać nie będę - skwitował swoje wytłumaczenia i zaprowadził konie do ogrodu Bednarskich.
- Czyli będziemy mieszkać tutaj? Okej, jedzenie jest... Nawet dwa łóżka... I telewizor! - zachwycała się Ala.
- Tak, ale są jeszcze trzy konie.
- W ogrodzie jest taka duża wiata, wprowadźmy je tam zanim zacznie padać.
W tym momencie zaczęła się ulewa. Michał wybiegł do ogrodu, ale w pierwszej chwili koni nie zobaczył. "Gdzie one..." - nie dokończył myśli, bo właśnie zobaczył konie stojące pod wiatą w ślicznych pozach, jakby ustawiały się do zdjęcia. Postanowił więc je tylko rozsiodłać i wrócił do domu.
Na noc zapalili światło w pokojach i w wiacie, co dało im wreszcie trochę wymarzonego cienia. Wyspali się dobrze, następnie zjedli po solidnej porcji mięsa, co szybko przywróciło im siły witalne. Przez dzień rozgościli się trochę w swoim nowym domostwie i dopiero po obfitym obiedzie wyruszyli na wycieczkę krajoznawczą.
Michał zaprowadził wszystkich do zasłony i wyrzekł głosem wielkiego zdobywcy takie oto słowa:
- Weszliśmy przez nią, to tak samo wyjdziemy!
Z uśmiechem zwycięzcy pomaszerował w stronę zasłony. Spotkała go jednak niemiła niespodzianka. Dotknął zasłony, wskoczył w nią, nawet się zaplątał! Nic. Cały czas był w tym wstrętnym świecie.
- Ja się tak nie bawię! - powiedział tym razem głosem dziecka, któremu nie podobają się zasady zabawy określone przez kolegę.
W drogę powrotną wyruszyli zrezygnowani, musieli jednak zatrzymać się na chwilę, bo złapała ich kolejna ulewa, przekształcająca się powoli w burzę, którą - niezgodnie z przepisami bezpieczeństwa - przeczekali pod rozłożystym dębem. Całe to pogodowe zamieszanie nie trwało długo i mogli nareszcie wrócić do domu Bednarskich.
Racket okazał się znowu piątym kołem u wozu, którym zresztą z matematycznego punktu widzenia był. Nie miał zamiaru chodzić po kałużach, ale Michał w końcu jakoś zaciągnął go okrężną drogą do ogrodu. Niestety tam spotkała ich kolejna niemiła niespodzianka. Na dom zwaliło się wielkie drzewo, więc już właściwie nie mieli gdzie wracać.
- Ja się tak nie bawię! Mam tego dosyć! Co to ma w ogóle znaczyć?! - wrzeszczał Michał. Po chwili rzucił się na ziemię i zaczął walić pięściami w mokrą trawę. Alicja szybko zainterweniowała i zaprowadziła ubłoconego towarzysza do domu Kowalskich. Biedny Michał nawet zapomniał, że powinien się temu opierać. Następnego dnia jednak odzyskał rozum i wyskoczył z domu wroga jak oparzony. Przy okazji wpadł na świetny pomysł.
- Weź to i to, może jeszcze to... A, koniecznie musisz wziąć to! - mówiła Ala podając Michałowi rzeczy potrzebne do realizacji pomysłu, które znalazła w ogrodzie Bednarskich.
Na łące leżały już płachty folii, zapasy żywności, sznury, szmaty... Jednym słowem: wszystko. Wyglądało to trochę, a nawet bardzo dziwnie. Konie zbiły się z ciasną grupkę, zapominając o niechęci do jednego z osobników i patrzyły z osłupieniem na to widowisko.
Łaciatek nie mógł się wprost nadziwić swojej pani. Z uroczej dziewczynki stała się teraz bardziej dojrzała i samodzielna. Przypominała właściwie wojowniczkę, ze swoimi potarganymi przez warunki pogodowe ciemnymi włosami i ubraniem, o którym może lepiej nie wspominać.
Po około dwóch godzinach przed końmi stanął wielki namiot. Podeszły bliżej, żeby mu się lepiej przyjrzeć, jednak Racketa nie było na to stać i przerażony uciekł do ogrodu. Przyprowadziła go Ala, za nimi szedł Michał, wlokąc za sobą dwa stare materace. Łacio i Bianka tarzali się, i to dosłownie, ze śmiechu, patrząc na minę Racketa.
- Brudasy, co wy robicie?! Nie mam czym was wyczyścić z tego błota! Jak możecie mi to robić?! - to nie był słodki głosik Ali. Teraz mówiła w pełni poważnie.
Konie posłusznie wstały i poszły wytarzać się w mokrej trawie, żeby zmyć z siebie dowody.
Noc nadeszła niespodziewanie, razem z kolejną ulewą. Wszyscy spali w jednym namiocie, zrobionym z jak najciemniejszych materiałów, żeby mogli spać spokojnie. Zasnęli nie myśląc o kolejnym dniu, który miał przynieść kolejne doświadczenia.
Dzięki za czytanie, zapraszam do komentowania i pozdrawiam. Dobranoc!
Świetny rozdział !;D
OdpowiedzUsuńPowiedz mi, co ja bym bez Ciebie zrobiła? Chyba swoją książkę będę dedykować Tobie za wsparcie.
UsuńP.S.
Jak zauważysz jakieś błędy stylistyczne, gramatyczne lub, nie daj Boże, ortograficzne, to pisz!