środa, 17 lipca 2013
Rozdział trzeci!
Dzisiaj mam zamiar zaprezentować rozdział trzeci mojej książki i to... uwaga, uwaga... w całości! Miłej lektury życzę i biorę się do roboty, bo zaraz obiad.
Rozdział trzeci - "Czego nie da się przeskoczyć i dlaczego?"
Poranek jak każdy inny zapowiadał się niezbyt ciekawie. Łaciatek już pożerał swoją porcję trawy i siana. Warto zauważyć, że przynależna mu 1/3 całych zapasów była sporo większa od dwóch pozostałych. Inne konie miały jednak większe zapotrzebowanie na wodę, której Łacio wypijał dość mało, co oczywiście bardzo martwiło początkowo jego właścicielkę. Uspokoiła się dopiero wtedy, kiedy zobaczyła, że jej wierzchowiec bez wody radzi sobie dużo lepiej niż kiedy zostaje do picia przymuszony.
O ile konie od rana do wieczora miały święty spokój i mogły spokojnie leniuchować, istoty o dwóch nogach ciężko pracowały. Tak było i tego ranka, kiedy znosili na łąkę różne ciekawe rzeczy, między innymi cztery duże wiadra, deski, gwoździe, młotek, trzy koła od wozu...
- Chwila, chwila... Dlaczego trzy koła? - zdziwił się Łacio
- Może jest gdzieś jeszcze jedno? Albo po prostu nie ma więcej. Jak byłam ostatnio w ogrodzie widziałam tylko trzy. Choć rzeczywiście to troszkę dziwne...
- Bo każdy wóz ma cztery koła - rozpoczął swój kolejny mądry wywód Łaciatek. - Nie widziałem jeszcze wozu z trzema kołami. Pamiętasz może Karola?
- Tego, który miał na grzbiecie pełno śladów po uderzeniach batem?
- Dokładnie. Kiedyś widziałem go na drodze i ciągnął właśnie wóz czterokołowy.
Konie na chwilę rozmarzyły się w tęsknocie za domem. Dobrze znały Karola i nawet go lubiły, mimo jego prostej pracy, która w społeczności stajennej kogo innego by przekreśliła. Może to dlatego, że tak stawiał się swojemu woźnicy? Na każde uderzenie batem stawał dęba albo wierzgał...
- Ej, gdzie jest Racket?
- Szczerze mówiąc to chyba nas to nie powinno obchodzić.
Łacio i Bianka spojrzeli jednak w stronę Michała, który wypowiadał dość dziwne słowa. W tym samym momencie rozwiązała się poprzednia zagadka.
- Dobra, teraz powinno pasować. Chociaż... Nie, ale... O, trzeba tylko przyciągnąć to i jeszcze ten pasek... Gotowe!
Tymczasem konie zdążyły się już porządnie wytarzać ze śmiechu. Kiedy otrząsnęły się z rozbawienia i brudu, Racket był już fachowo zaprzężony do trójkołowego wozu, pełnego siana i wiader z wodą. Patrzyły na zaprzęgniętego z nieco głupimi minami, jednak nie głupszymi od miny jego samego.
Wyruszyli w drogę. Racket ledwie stawiał kroki, ale wybór Michała był uzasadniony - Racket był jednym z najsilniejszych koni w całej stajni, a poza tym dobrze wiedział, czego może od niego oczekiwać.
- Biedna Rackietka... - mruknęła Bianka pod nosem, choć dosyć głośno. - Będzie ciągnąć wóz! Cha, cha, cha!
- Rackietka? Nie no, ale żeś wymyśliła! Rackietka!
Konie zapewne znowu wytarzałyby się ze śmiechu gdyby nie Alicja, która szybko przywróciła je do pionu. Wóz był już spory kawałek drogi przed nimi, więc Ala dosiadła Łacia i pogalopowali razem z Bianką za ich przenośnym domem.
Łacio i Bianka nie mieli pojęcia, gdzie się wybierają. Przecież dobrze im było z tym namiocie, który teraz służył jedynie jako płachta przykrywająca ich zapasy żywności.
Jechali długo niebieską ścieżką, potem skręcili na fioletową łąkę. Zdążyli się już przyzwyczaić do negatywu i żyło im się tu teraz całkiem przyjemnie, choć w ich głowach uczucia te mieszały się z innymi, złymi, a czasem nieokreślonymi. Tak na przykład Racket był wykończony i zbolały, ale jednak zadowolony z siebie, że wytrwał te męki. Łacio był głodny. Po za tym nie wiedział, co jest nie tak. Zauważał jednak złowieszczy cień tego dziwnego uczucia, które poznał podczas przygody z zasłoną. Spojrzał na Biankę. Cóż, piękna jak zwykle. Nietrudno było jednak zauważyć, że ona też to czuje. Nie było to cokolwiek jedyne dręczące ją uczucie, tym drugim była tęsknota za domem. Po krótkiej wymianie wspomnień była kompletnie załamana, ale jako klacz z klasą nie dawała tego po sobie poznać.
W tym samym czasie Michał zdążył odwiązać już swojego rumaka od wozu. Wniebowzięty Racket skakał teraz po łące z wielką radością, szczęściem, zadowoleniem i innymi tego typu słowami.
Nagle stało się to, co prędzej czy później stać się musiało. Racketa ogarnęło to dziwne uczucie, które resztę nawiedzało już od jakiegoś czasu. Ogier pocwałował przed siebie, a za nim reszta ze zbędnym ciężarem w formie Michała i Alicji na grzbietach.
Po długiej gonitwie przez łąki i pola wszyscy zatrzymali się równo, ale bynajmniej nie ze zmęczenia, a z powodu wielkiego muru z kolorowym graffiti, który jakby nigdy nic stanął im na drodze. Łacio wyrwał się na chwilę spod kontroli i próbował skoczyć, ale Ala powstrzymała go mocnym szarpnięciem za wodze. "Dziewczyna wreszcie nauczyła się jeździć! Niestety..." - pomyślał Łaciatek, który po raz pierwszy od czasu zaczęcia pracy ze swoją panią poczuł ból w pysku.
Nawet Racket, który chwalił się wszystkim, że skakał już na taką wysokość, nie chciał się teraz narażać. Nie wspomniał przecież, że mur o wysokości 2,20 m tak go przeraził, że zamiast skoczyć wpadł na niego z wielkim impetem, zrzucając tym samym Michała i przegrywając zawody. O tym incydencie wiedział jedynie Łacio, któremu opowiedziały tę historię inne konie startujące w tamtych zawodach. One jedyne wolały trzymać się z nim, on przynajmniej skakał przez przeszkody na miarę swoich umiejętności.
W tym momencie lepszym pomysłem było jednak zastanowienie się nad kwestią muru, którego w normalnym świecie tam nie było. Michał wypowiadał już swoją zwyczajową kwestię:
- Co to ma znowu znaczyć?! Ja naprawdę się tak bawić nie będę! - wrzeszczał ze złością.
Alicja złapała go za rękę i zaczęła uspokajać.
- Spokojnie, może przez tan mur da się przejść? Tak jak przez zasłonę? Ale tym razem ja spróbuję - dodała widząc Michała, który już zabierał się do pokonywania muru w podany przez nią sposób.
Ala podeszła do muru i się o niego oparła. Nic. Mocniej. Też nic.
- Może trzeba spaść z konia? Łaciu, chodź tutaj!
Łaciatek posłusznie przydreptał do swojej pani i dał się dosiąść. Pomysł uważał za głupi, ale jak się sama prosi... Zresztą zawsze podobały mu się jej upadki. Pogalopowali w stronę muru.
W ostatniej chwili Łacio zatrzymał się trochę zbyt gwałtownie. Alicja wyleciała w powietrze jak rakieta i z pełną mocą uderzyła głową w mur. Powoli osunęła się na ziemię.
- To jednak nie działa... - powiedziała słabym głosem i zemdlała.
Konie zebrały się wokół niej, próbując ją ożywić i cały czas odganiając Michała. Racket chciał być dobrym kolegą i trącił dziewczynę głową, co przypłacił bolesnym uszczypnięciem w ucho w wykonaniu Łaciatka - mimo ich wrogich stosunków po raz pierwszy coś takiego miało miejsce. Zdziwiony ogier odstąpił od reszty medyków, depcząc przy okazji po nogach swojemu panu. Łacio spróbował innego sposobu i po prostu polizał swoją panią po twarzy. Zero reakcji.
Po około pięciu minutach bezskutecznych prób ocucenia Alicji konie wreszcie dopuściły do akcji Michała uzbrojonego w wiadro zimnej wody, którą wylał prosto na twarz koleżanki. Ala od razu otworzyła oczy i podniosła głowę.
- To nie było miłe...
- Oj, nie... On wylał nasza wodę! - awanturowały się konie, widocznie niezadowolone z takiego przebiegu sytuacji. Michała martwiło jednak co innego.
- Alusiu, jak się czujesz? Nic ci nie jest?
- Tylko nie Alusiu! - odwarknęła Alicja ze złością.
- Ale wszystko dobrze? Już nigdy więcej tego nie rób, to moja działka!
- Dobrze, dobrze, uspokój się! Nic mi nie jest!
Ala wstała i chwiejnym krokiem podeszła do muru.
- Potrzebna nam drabina. Widziałam już u Bednarskich, weź Racketa i jedź.
Cały czas jeszcze słaba Alicja oparła się o mur, a Michał i Rackietka pojechali zdobyć drabinę. "Ciekawe jak ją będą chcieli zabrać tutaj?" - pomyślał złośliwie Łacio i zabrał się za czynność odpowiednią na taką okazję, czyli skubanie trawy.
Kiedy zdobywcy wrócili z pięknym drewnianym trofeum, które ciągnęli za sobą zapewne przez całą drogę. W tym czasie Łacio i Bianka zdążyli już idealnie wystrzyc trawnik, wyglądał teraz niczym Wimbledon tuż przed rozpoczęciem turnieju. Wszyscy właściciele koni zastanawiali się nad tym, czy ich pupile nie byliby bardziej wydatni od kosiarek. Jednak niezapomniany widok rozdeptanego kopytami padoku, na którym kiedyś rosła trwa, raz na zawsze odwodził ich od tej decyzji. Takie już życie koniarza.
Michał i Alicja nie zastanawiali się teraz jednak nad trawą i szybko zabrali się za stabilne opieranie drabiny o mur. W końcu jedno z nich musiało tam wyjść i spróbować przeskoczyć na drugą stronę. Wyliczanka zdecydowała o tym, że skoczyć ma Alicja, jednak Michał zmężniał po usłyszeniu tego wyroku i postanowił pójść sam, mając cały czas przed oczami sytuację sprzed pół godziny.
Wszedł po drabinie i omal nie spadł z niej się ze szczęścia, bo zobaczył... ich stajnię! Oczarowanie jednak szybko minęło. Stajnia tam była - świetnie, byli tam ludzie - jeszcze lepiej. Problem był taki, że wszystko było czarno-białe.
- Co tam widzisz? - krzyknęła Ala do Michała, który ewidentnie nie mógł pozbierać myśli.
- Naszą stajnię - odparł niewyraźnym głosem. - Ale...
Nie zdążył dokończyć jednak zdania, bo obok niego pojawiła się już Alicja, która oczywiście musiała to zobaczyć jak najszybciej. Niestety, widok jej nie zadowolił.
- Ale ona jest czarno-biała... - stwierdziła Ala ze łzami w oczach.
- Właśnie chciałem ci to powiedzieć - westchnął Michał i zszedł z drabiny.
- Ale gdzie idziesz? Przecież miałeś skakać na drugą stronę!
- Ale...
- Bo ja skoczę!
Taka groźba postawiła go od razu na nogi. Wspiął się na drabinę, policzył do trzech i skoczył.
Niestety i w tej sytuacji musiało spotkać go coś przykrego. Tym razem niewidzialna siła odepchnęła go z powrotem do negatywnej krainy, choć miał też trochę szczęścia, bo wylądował na wozie pełnym miękkich rzeczy.
- Nic ci nie jest? - zapytała troskliwie Ala i omal sama nie spadła z drabiny, schodząc na dół w ogromnym pośpiechu. - Może najpierw lepiej wiedzieć, co się stanie?
- Niby w jaki sposób chcesz się tego dowiadywać? Co?
- No właśnie trzeba to wymyślić! Na pewno się da! - Ala była pełna zapału, w przeciwieństwie do Michała, który nagle zaczął torpedować wszystkie jej plany.
- Ty chyba naprawdę mocno walnęłaś głową o ten mur... - odciął się jadowitym głosem, którego używał jak na razie tylko w trakcie rozmów z panem Kowalskim. - To wszystko jest dziwne, nienormalne! Tu są rzeczy magiczne, które w normalnym świecie nie istnieją! Nie mamy o nich zielonego pojęcia, nie zauważyłaś tego?
- Uspokój się, myślałam, że zależy ci na zbadaniu tego wszystkiego...
"Zbadać to ty się powinnaś" - pomyślał Michał, ale resztkami sił powstrzymał się powiedzenia tego Alicji. Wziął głęboki oddech i słuchał dalej.
- Jeśli nie chcesz pomóc, to proszę bardzo! Droga wolna! Bierz swojego konia i radź sobie sam.
- Dobra - zgodził się Michał i poprowadził zdziwionego Racketa do lasu. Ala udała się w odwrotnym kierunku, żeby też przypadkiem się z nimi nie spotkać. Łacio posłusznie podreptał za nią, a w jego ślady poszła Bianka. Konie nie były zadowolone z tego rozstania.
- No i z kogo się teraz będziemy śmiać? - zapytał zrozpaczony Łaciatek.
Następne dni rzeczywiście w drużynie Ali nie mijały zbyt miło. Deszcz padał codziennie, więc po kilku sytuacjach, w których cała trójka totalnie przemokła, postanowili zamieszkać u Kowalskich. Mieli tam wszystko potrzebne do życia, nawet szklarnię z egzotycznymi roślinami i lodówkę, pełną pięknie pachnących wędlin, które Alicja zjadała ze smakiem jako śniadanie, obiad albo kolację. Musiała przecież nadrobić braki z całego pobytu. Codziennie wybywała też szukać głupot, jak to określiły konie. W tej sytuacji rację miał akurat Michał - kto by chciał szukać czarów w lasie czy na łące w negatywnej krainie, do której trafili przez głupi przypadek?
No i znowu niedokończone... Ale dziś muszę to przepisać, nie daruję sobie!
Tymczasem przeglądam sobie rękopis i natrafiłam na fragment z koszeniem łąki... xD Poznacie go trochę później. Teraz czytam jeszcze lepszy fragment z rozdziału bodajże siódmego, wstawię jednak tylko kawałeczek, który nic nie zdradzi: "stanął przed potworem z niewyraźną miną. Przechodziły go dreszcze na myśl, że będzie musiał wrócić po swojego żelaznego towarzysza".
To tyle na dziś, pozdrawiam i życzę miłej lektury. :)
sobota, 13 lipca 2013
Rozdział drugi
Rozdział drugi - Co jest za zasłoną?
Łaciatek i Bianka poczuli ostre szarpnięcie i zostali wessani przez zasłonę. Nie było to zbyt przyjemne uczucie, więc zamknęli oczy. Kiedy je otworzyli, zobaczyli, że leżą na trawie. Choć właściwie nie byli pewni, na czym leżą, bowiem trawa ta była... fioletowa. Konie zaczęły rozglądać się dookoła. Spojrzały na siebie ze zdziwieniem, które było w pełni uzasadnione: Bianka zrobiła się czarna, a sierść Łacia zdobiły niebieskie łaty. Oboje byli bardzo zdziwieni zarówno swoim wyglądem, jak i wyglądem otoczenia. Na żółto-pomarańczowym niebie świeciło, o ile można tak powiedzieć, czarne słońce, wokół nich rozciągał się fioletowy step, trochę dalej pola pełne niebieskich kłosów zbóż, a w okolicach białej zasłony - fiołkowy las. Po krótkim rozeznaniu w sytuacji Bianka wiedziała już, o co chodzi.
- Słuchaj, to jest kraina w negatywie, rozumiesz? - podzieliła się swoim spostrzeżeniem.
- Tak, wszystkie kolory są zamienione na swoje odwrotności, na przykład czarny na biały - tłumaczył bez potrzeby Łacio. - Tak więc cały krajobraz jest zupełnie normalny. Stoimy na zielonej trawie, tam masz złote pola, ciemny las, niebo jest niebieskie, słońce jasne... No i jeszcze czarna zasłona...
- Czyli jesteśmy jakby po jej drugiej stronie! Poznaję to miejsce, ty pewnie też?
- No jasne, chodźmy w takim razie szukać innych, raczej się tu nie zgubimy... - zarządził Łacio.
Ruszyli w drogę.
Tymczasem Michał siedział nad jeziorem razem z Alicją i Racketem, choć ten ostatni właściwie nie siedział. Rozmowa się nie kleiła,wszyscy zajęci byli swoimi rozmyślaniami, z każdy myślał oczywiście o czym innym. Michał planował powrót, Alicja umierała z tęsknoty za Łaciem, a Racket myślał o pysznej, fioletowej trawie, jaką przyszło mu jeść tego wieczora.
Zbliżał się zachód słońca. Niebo nareszcie nabrało normalniejszych barw i stało się przynajmniej turkusowe. Dookoła robiło się coraz jaśniej i wreszcie można było coś dokładniej obejrzeć. Pierwsze obiekty obserwacji były cokolwiek zaskakujące.
Łacio i Bianka powoli zbliżali się do jeziora. Przystanęli na chwilę na wzgórzu, żeby rozejrzeć się po okolicy. Pierwszym żywym stworzeniem, jakie zobaczyli, był niestety Racket, którego widok od razu zepsuł im humor. Potem spojrzeli na kolejne żywe istoty i akurat musieli spojrzeć na Alę, ale chwilę później zobaczyli również Michała.
- Czyli jesteśmy w komplecie - skwitowała Bianka.
- Ciekawe co się stało z Łaciusiem i Bianeczką... - zastanawiała się na głos zmartwiona Alicja, próbując zacząć jakąś rozmowę. - Pewnie wrócili do stajni...
- Nie jestem do końca tego pewien - odrzekł Michał i wskazał na wzgórze, na którym wdzięcznie stały dwa kolorowe konie. Alicja spojrzała w tamtą stronę i omal nie rzuciła się koledze na szyję.
- To Łaciuś i Bianeczka!! - wrzasnęła. - Przyszli tu za nami! Kochane koniki!
Michał niepostrzeżenie przejechał sobie ręką po twarzy. Takich zachować Ali naprawdę nie znosił, ale ogólnie była całkiem miła. I ładna, a to oczywiście miało ogromne znaczenie.
Dziewczyna nie pozwoliła mu jednak dokończyć myśli. Tego też nie lubił, bo myślenie było dla niego czymś przyjemnym. Nie miał jednak wyboru i musiał udać się na wzgórze, żeby serdecznie powitać konie, których pojawienie się tutaj było dla niego od początku oczywiste.
Gorąco witane przez Alę konie miały jednak inne zajęcia, mianowicie przyglądanie się swoim właścicielom. Wyglądali jak kosmici: mieli niebieskie twarze i fioletowe koszulki, które normalnie miały kolor zielony i były znakiem przynależności do klubu "Podkowa", działającego w ich stajni już od kilku lat. Najciekawiej, bo przynajmniej ładnie, wyglądały ich granatowe spodnie i białe buty. Konie przyglądały się temu ze zdziwieniem, które jednak nie minęło tak szybko i jeszcze następnego dnia miały problemy z ich normalnym postrzeganiem.
Ciężko było spać w taką jasną "noc", ale byli dość zmęczeni i nie mieli innego wyboru. Na szczęście była wtedy pełnia i zyskali trochę cienia.
Rano wstali dość późno, bo po wschodzie słońca nareszcie pojawiło się trochę potrzebnej im ciemności. Ale trzeba było wstawać i ruszać w drogę ku rozwiązaniu tej sprawy. Ich śniadanie nie było zbyt bogate, mieli możliwość zjedzenia jedynie kilku gruszek, które jakimś cudem znaleźli obok siebie. Konie były za to wniebowzięte i od samego przebudzenia obżerały się trawą. Śniadanie zamknęła kąpiel w jeziorze i mogli wreszcie ruszać w drogę.
Nie było to wcale ładne, w końcu nikt nie lubi chodzić w ciemności. Innego wyjścia jednak nie było, przecież musieli się jak najszybciej stamtąd wydostać. Powędrowali w stronę pól.
Konie niezbyt dobrze znosiły tę wędrówkę. Wszystko wydawało się takie straszne i mroczne... Najbardziej bał się Racket, który odskakiwał w bok przy każdym krzaczku. W nocy spać się nie dało, w dzień chodzić też nie, choć okolicę znał bardzo dobrze. "Beznadzieja" - myślał w każdej wolnej chwili. Był koniem płochliwym - to fakt, ale na tych terenach wszystko znał dobrze i przestało mu to przeszkadzać.
Łaciatek i Bianka widzieli oczywiście nieszczęście kompana, ale nie mieli oczywiście zamiaru go pocieszać, wręcz przeciwnie - obśmiewali głośnym rżeniem wszystkie sytuacje, w których Racket zrzucał Michała uciekając cwałem przed pokrzywionym drzewem. Sam "poszkodowany" oczywiście nie był zadowolony z takiego przebiegu sprawy, ale nie miał odwagi, żeby powiedzieć to głośno.
Pobyt w tej krainie był za to bardzo przyjemny dla zakochanej pary, która mogła spędzić ze sobą nareszcie więcej czasu. Spędzali razem niemożliwe do przespania bezksiężycowe noce, a czasem nawet odłączali się od reszty grupy w celu spędzenia kilku chwil na osobności. Sposób ten został jednak szybko odkryty i musieli zaprzestać jego stosowania. Czas spędzali jednak równie miło nabijając się z Racketa albo żartując.
Konie, mimo nieszczęścia Racketa, które nie wynikało tylko ze strachu, ale również ze szczęścia Łacia i Bianki, były bardzo zadowolone z jakości pożywienia i napojów w negatywnej krainie. Pełno fioletowej trawy, lepszej oczywiście od zielonej, oraz sterylnie czystej wody w jeziorze, którą spokojnie mogli pić ich dwunożni towarzysze. Ludzie jednak samą trawą najeść się nie mogli, nie wystarczały im też owoce, choć mieli ich od dostatkiem. Cierpieli więc głód, a przez sen majaczyli coś o pieczeni i schabowym. Konie niejedzące mięsa mogły się jedynie zastanawiać, czym są owe potrawy. "Schab-owy... Owy schab? Ale jaki schab niby?" - zastanawiały się każdej nocy.
Ciekawym faktem było to, że w tej krainie nie było żywego ducha, może oprócz nich, choć niektórzy mogli zostać powoli zaliczani do nieżywych. W sadzie pana Kowalskiego nie było nawet ptaszków, które pożerały wszystkie jego owoce i których tak bardzo nienawidził. "Może powinien się tu przeprowadzić?" - myślał Michał ze złośliwym uśmieszkiem. Akurat pana Kowalskiego nie lubił i starał się robić mu na złość we wszystkich możliwych momentach. W ogrodzie Bednarskich było identycznie.
Ostrożnie otworzyli drzwi domu - były otwarte. W środku nie było nikogo, za to było wszystko, co do szczęścia potrzebne. Dom Kowalskich był lepiej urządzony i Ala nawet miała zamiar się tam pierwotnie wprowadzić, ale Michał storpedował jej plany,
- Ja w domu tego palanta mieszkać nie będę - skwitował swoje wytłumaczenia i zaprowadził konie do ogrodu Bednarskich.
- Czyli będziemy mieszkać tutaj? Okej, jedzenie jest... Nawet dwa łóżka... I telewizor! - zachwycała się Ala.
- Tak, ale są jeszcze trzy konie.
- W ogrodzie jest taka duża wiata, wprowadźmy je tam zanim zacznie padać.
W tym momencie zaczęła się ulewa. Michał wybiegł do ogrodu, ale w pierwszej chwili koni nie zobaczył. "Gdzie one..." - nie dokończył myśli, bo właśnie zobaczył konie stojące pod wiatą w ślicznych pozach, jakby ustawiały się do zdjęcia. Postanowił więc je tylko rozsiodłać i wrócił do domu.
Na noc zapalili światło w pokojach i w wiacie, co dało im wreszcie trochę wymarzonego cienia. Wyspali się dobrze, następnie zjedli po solidnej porcji mięsa, co szybko przywróciło im siły witalne. Przez dzień rozgościli się trochę w swoim nowym domostwie i dopiero po obfitym obiedzie wyruszyli na wycieczkę krajoznawczą.
Michał zaprowadził wszystkich do zasłony i wyrzekł głosem wielkiego zdobywcy takie oto słowa:
- Weszliśmy przez nią, to tak samo wyjdziemy!
Z uśmiechem zwycięzcy pomaszerował w stronę zasłony. Spotkała go jednak niemiła niespodzianka. Dotknął zasłony, wskoczył w nią, nawet się zaplątał! Nic. Cały czas był w tym wstrętnym świecie.
- Ja się tak nie bawię! - powiedział tym razem głosem dziecka, któremu nie podobają się zasady zabawy określone przez kolegę.
W drogę powrotną wyruszyli zrezygnowani, musieli jednak zatrzymać się na chwilę, bo złapała ich kolejna ulewa, przekształcająca się powoli w burzę, którą - niezgodnie z przepisami bezpieczeństwa - przeczekali pod rozłożystym dębem. Całe to pogodowe zamieszanie nie trwało długo i mogli nareszcie wrócić do domu Bednarskich.
Racket okazał się znowu piątym kołem u wozu, którym zresztą z matematycznego punktu widzenia był. Nie miał zamiaru chodzić po kałużach, ale Michał w końcu jakoś zaciągnął go okrężną drogą do ogrodu. Niestety tam spotkała ich kolejna niemiła niespodzianka. Na dom zwaliło się wielkie drzewo, więc już właściwie nie mieli gdzie wracać.
- Ja się tak nie bawię! Mam tego dosyć! Co to ma w ogóle znaczyć?! - wrzeszczał Michał. Po chwili rzucił się na ziemię i zaczął walić pięściami w mokrą trawę. Alicja szybko zainterweniowała i zaprowadziła ubłoconego towarzysza do domu Kowalskich. Biedny Michał nawet zapomniał, że powinien się temu opierać. Następnego dnia jednak odzyskał rozum i wyskoczył z domu wroga jak oparzony. Przy okazji wpadł na świetny pomysł.
- Weź to i to, może jeszcze to... A, koniecznie musisz wziąć to! - mówiła Ala podając Michałowi rzeczy potrzebne do realizacji pomysłu, które znalazła w ogrodzie Bednarskich.
Na łące leżały już płachty folii, zapasy żywności, sznury, szmaty... Jednym słowem: wszystko. Wyglądało to trochę, a nawet bardzo dziwnie. Konie zbiły się z ciasną grupkę, zapominając o niechęci do jednego z osobników i patrzyły z osłupieniem na to widowisko.
Łaciatek nie mógł się wprost nadziwić swojej pani. Z uroczej dziewczynki stała się teraz bardziej dojrzała i samodzielna. Przypominała właściwie wojowniczkę, ze swoimi potarganymi przez warunki pogodowe ciemnymi włosami i ubraniem, o którym może lepiej nie wspominać.
Po około dwóch godzinach przed końmi stanął wielki namiot. Podeszły bliżej, żeby mu się lepiej przyjrzeć, jednak Racketa nie było na to stać i przerażony uciekł do ogrodu. Przyprowadziła go Ala, za nimi szedł Michał, wlokąc za sobą dwa stare materace. Łacio i Bianka tarzali się, i to dosłownie, ze śmiechu, patrząc na minę Racketa.
- Brudasy, co wy robicie?! Nie mam czym was wyczyścić z tego błota! Jak możecie mi to robić?! - to nie był słodki głosik Ali. Teraz mówiła w pełni poważnie.
Konie posłusznie wstały i poszły wytarzać się w mokrej trawie, żeby zmyć z siebie dowody.
Noc nadeszła niespodziewanie, razem z kolejną ulewą. Wszyscy spali w jednym namiocie, zrobionym z jak najciemniejszych materiałów, żeby mogli spać spokojnie. Zasnęli nie myśląc o kolejnym dniu, który miał przynieść kolejne doświadczenia.
Dzięki za czytanie, zapraszam do komentowania i pozdrawiam. Dobranoc!
Rozdział pierwszy... po raz drugi ^^
Bez zbędnych formalności, powtórka rozdziału pierwszego:
No i za chwilkę rozdział drugi. Rozdział drugi w całości! :P
Pamiętacie moją książkę?
Tak, to ja, ale tym razem czysto informacyjnie. Myślę też, że moja obecność tutaj nawet powinna cieszyć.
Zapewne wszyscy (czyli jedna kochana osoba), którzy śledzili mojego bloga od początku, pamiętają dobrze moją książkę. Tak się złożyło, że akurat dzisiaj przeglądałam stare posty i trafiłam właśnie na nią. Przeczytałam. Uśmiechnęłam się. Chciałam czytać dalej. Ale dalej nie było...
Pomyślałam sobie, że skoro mam teraz tyle czasu na blogowanie, to powinnam chociażby dla własnej satysfakcji pisać to dalej. Chcę oczywiście zacząć jak najszybciej. Postaram się pisać tak, żeby wszystko było przejrzyste i wygodne w czytaniu. Na początek przepiszę (a raczej skopiuję i wkleję w nowych postach) dwa pierwsze rozdziały, a potem każdy kolejny będę pisać w osobnym poście. Na jeden dzień będę chciała przepisać co najmniej jeden rozdział. Zaczynam dziś wieczorem (lub w poniedziałek, bo moje plany są ruchome) od dokończenia rozdziału drugiego.
Pozdrawiam i już życzę miłej lektury. Do napisania!
Poznajcie mojego kota
piątek, 12 lipca 2013
Morgan
What about now
Pozwalam sobie dziś pisać z telefonu. (Boże, za jakie grzechy?) Przechodzę jednak od razu do rzeczy.
Ostatnimi czasy zdarzyło mi się słuchać pewnej piosenki Bon Jovi z albumu, którego nazwa znajduje się w tytule posta. Okładka tegoż albumu tak mi się spodobała, że postanowiłam ją narysować. Oto i efekt:
Pozdrawiam i proszę o komentarze. :)
środa, 10 lipca 2013
Mój nowy blog
Wiem, że miałam dzisiaj nie pisać, ale przecież muszę o tak ważnym wydarzeniu poinformować. Otóż... <chwila ciszy> założyłam sobie drugiego bloga! Nazywa się "Tenisowo", ma już 10 wejść i ogólnie to jest o tenisie. A oto link: http://tenis-owo.blogspot.com/
Teraz już na serio się żegnam, do jutra! :P
Kucyków ciąg dalszy
Teraz trochę inne kucyki, ale równie kolorowe. Zapraszam do oglądania i komentowania. :P
No i to już koniec kucyków, może potem jeszcze jakieś narysuję. Na razie zapraszam jedynie do podziwiania tych. ^^
Kucyki prosto z brudnopisu
Nie wiem, czy jest jakiś limit wstawiania zdjęć w jednym poście, ale żeby nie tworzyć postów w zatrważających ilościach ograniczę się do jednego, góra dwóch. Przejdę jednak do rzeczy.
Kucyki w brudnopisie są troszkę inne niż komputerowe, bo wszystkie są do bólu kolorowe. Każdy z nich ma na sobie inny układ pasków w kolorach, które układają się jak w tęczy. Wszystkie kucyki też sobie coś myślą... Zaczynamy pokaz:
Wesołe kucysie
Dzisiaj oczywiście też zamierzam wszystkich dręczyć przerażającą ilością postów, ten jest pierwszy, a za nim czai się już następny.
Wczoraj wieczorem postanowiłam wykonać komputerową wersję kucyków, które rysowałam w swoim czasie w brudnopisie (ich będzie się tyczył kolejny post). Efekt nawet mnie zadowala, a zwłaszcza efekt zabijania nudy. Zresztą każdy może coś takiego zrobić pod warunkiem, że ma program graficzny, w którym może pracować na warstwach (w paincie sposób jest inny, zresztą może potem o tym opowiem). Tę jakże trudną instrukcję wykonania takowego kucyka zamieszczę tylko na czyjąś prośbę, Teraz czas na obrazki:
wtorek, 9 lipca 2013
300 wyświetleń!
Mój blog osiągnął właśnie "niesamowitą" liczbę 300 wyświetleń! Dziękuję wszystkim za jego odwiedzanie. Żeby to jakoś ładnie podkreślić, przydałby się ładny obrazek... Jest!
Jeszcze raz dziękuję, że ktokolwiek odwiedza mojego bloga i już na dzisiaj się całkowicie żegnam. Bye!
Maria S.
Obiecałam ostatnio, że narysuję Marię Sharapovą i wstawię tu ten obrazek. Tak więc, bez zbędnych formalności, podziwiajcie:
No cóż... Wyszło jak wyszło, ale na pewno dużo lepiej od poprzedniego. Przynajmniej nauczyłam się używać ołówka. xD Co o tym sądzicie? (dlaczego ja piszę do jednej osoby w liczbie mnogiej?!)
Pozdrawiam i polecam się na przyszłość, jutro zapewne też wpadnę. A nie wykluczam, że jeszcze dzisiaj.
P.S.
Tak sobie myślę, czy by nie założyć drugiego bloga... O tenisie. Żeby trochę się skompromitować przy ludziach, którzy się na tym znają. I po prostu dla zaspokojenia swoich potrzeb gadania w temacie tego sportu, gadać będę oczywiście sama do siebie. Co Wy... co Ty o tym myślisz?
P.S. nr 2
Dzisiaj zdjęcia Morgana nie będzie. :(
Post o niczym
Nie mam dziś o czym za bardzo pisać, ale może zmieni się to jeszcze w ciągu dnia. Pogoda jest wręcz zbyt śliczna, dwugodzinny "spacerek" pod moją nową szkołę nie był więc tak przyjemny, jak być powinien. Zwłaszcza że razem z mamą kluczyłyśmy po jakiś dziwnych ulicach... Krasiński, Mickiewicz, Słowacki, Norwid... 1. Maja, 6. Sierpnia (cóż takiego się wtedy wydarzyło?!)... Królowa Jadwiga, potem Majakowski i Wyspiański... No i tu był koniec naszej podróży. Ale straciłyśmy około 20 minut na zbędne kluczenie po osiedlowych uliczkach. Droga powrotna była już łatwiejsza.
Zastanawiam się, jakie tu wstawić zdjęcie, żeby czymś ten post zapełnić... Może jakiś koń? Portretu Bożenki jeszcze nie wstawiałam, więc niech będzie:
Pozdrawiam i na razie się żegnam, może potem wpadnę jeszcze z gotowym portretem Marii Sharapovej.
poniedziałek, 8 lipca 2013
Chyba o koniach
Miałam pisać o koniach, więc piszę. Byłam dzisiaj w stajni i zastała mnie tam niespodzianka w postaci... nowego konia! Ma na imię Morgan i jest po prostu prześliczny, postaram się wstawić potem jego zdjęcie. Początkowo miałam na nim jeździć, ale zrobiło się zamieszanie i w końcu wsiadłam na Jagmara. Jagmar jak to Jagmar - wredny i niewygodny, ale po jeździe nie miałam za bardzo na co narzekać. Zapoznałam się też z Kubą, czyli naszą tymczasową stajenną kosiarką, a mówiąc ściślej: nieujeżdżonym karym kucykiem, który tylko je, śpi i bryka.
A teraz wykonana na szybko komputerowa podobizna Morgana (w rzeczywistości nie jest aż tak pomarańczowy... I oczywiście dużo ładniejszy):
Zdjęcie (razem ze mną i Bohemą) dodam jutro, a przynajmniej się postaram.
Pozdrawiam i na dzisiaj się żegnam, do usłyszenia!
Jeszcze trochę o wyglądzie i Sharapovej
W tym poście skupię się jeszcze trochę na wyglądzie mojego bloga, który nareszcie zaczął mnie zadowalać. Ograniczyłam się do jednej piłki tenisowej (chyba można ją zauważyć?), a za to nareszcie umieściłam tu trochę koni, bo blog jest w końcu "chyba o koniach". Jak się podoba?
Co do koni, to właśnie dziś zamierzam mieć z nimi do czynienia, dawno mnie w stajni nie było... Wydarzenia dnia dzisiejszego popsuły jednak niestety (albo i stety) moje artystyczne plany dotyczące Marii Sharapovej i najprawdopodobniej znajdę dla niej czas dopiero w przyszłym tygodniu. Może to i dobrze, w końcu od czasu kiedy zaprzestałam wstawiania to rozdziałów mojej książki, mój blog z końmi nie miał nic do czynienia, teraz ma wreszcie na to okazję.
Pozdrawiam wszystkich czytelników!
niedziela, 7 lipca 2013
Nic szczególnego
Dzisiaj piszę tylko dlatego, żeby przypomnieć trochę o sobie, bo właściwie nic szczególnego się dziś nie wydarzyło. Jutro nareszcie mam cały dzień siedzenia w domu i mam już zamiary rysownicze.
Wszystko zaczęło się od zalogowania się na facebooka po długiej nieobecności... Ktoś (nie mam pojęcia kto i w to lepiej nie wnikam, może sam się przyzna) kazał mi oznaczyć na wykonanym przeze mnie dość dawno portrecie Marii Sharapovej Marię Sharapovą. Problem w tym, że kiedy spojrzałam na ten obrazek, ogarnęło mnie głębokie zdegustowanie. Podobieństwo - nawet spoko, ale technika... Koniec końców zrobiłam to, o co mnie poproszono, ale muszę to samej sobie jakoś zrekompensować.
Dlatego też całe jutro mam zamiar poświęcić światowemu numerowi 2. malując i rysując, a potem dumnie lub nie wstawiając to wszystko na bloga i FB. Od razu ostrzegam, że akwarela może wywołać jeszcze większe zdegustowanie niż niedoświadczenie z ołówkiem.
Żeby nie pobudzać zbytnio wyobraźni, wstawiam portret, który jest głównym tematem tego posta:

























