sobota, 21 września 2013

Należałoby się usprawiedliwić...

...no właśnie, należałoby. Przepraszam więc wszystkich czytelników (którzy pojawiają się tu co prawda raz na... na... na dłuższy okres czasu...), że nie kontynuuję pisania opowiadania. Przykro mi, ale nie mam czasu na prowadzenie dwóch blogów na raz, z czego na drugim również piszę opowiadanie. Postanowiłam to jednak zmienić i w końcu wrócić do pisania, zaczynam od przepisania i dokończenia rozdziału trzeciego (wcześniejszy post zostanie usunięty), a potem postaram się, choć nic nie obiecuję, napisać jeszcze rozdziały kolejne. Będą się pojawiać tym razem w całości, ale za to trochę rzadziej. Jeszcze raz przepraszam i obiecuję poprawę, a na osłodę życia wstawiam jakiś obrazek.


Jeden z moich najlepszych rysunków w życiu, przedstawiający Jona Bon Jovi. Mało to związane z końmi czy nawet tenisem, ale jeźdźcy zbyt ładnymi modelami nie są, a tenisiści mi się w końcu znudzili.

Pozdrawiam i do zobaczenia!

środa, 17 lipca 2013

Rozdział trzeci!

Witam!

Dzisiaj mam zamiar zaprezentować rozdział trzeci mojej książki i to... uwaga, uwaga... w całości! Miłej lektury życzę i biorę się do roboty, bo zaraz obiad.

Rozdział trzeci - "Czego nie da się przeskoczyć i dlaczego?"

  Poranek jak każdy inny zapowiadał się niezbyt ciekawie. Łaciatek już pożerał swoją porcję trawy i siana. Warto zauważyć, że przynależna mu 1/3 całych zapasów była sporo większa od dwóch pozostałych. Inne konie miały jednak większe zapotrzebowanie na wodę, której Łacio wypijał dość mało, co oczywiście bardzo martwiło początkowo jego właścicielkę. Uspokoiła się dopiero wtedy, kiedy zobaczyła, że jej wierzchowiec bez wody radzi sobie dużo lepiej niż kiedy zostaje do picia przymuszony.
  O ile konie od rana do wieczora miały święty spokój i mogły spokojnie leniuchować, istoty o dwóch nogach ciężko pracowały. Tak było i tego ranka, kiedy znosili na łąkę różne ciekawe rzeczy, między innymi cztery duże wiadra, deski, gwoździe, młotek, trzy koła od wozu...
- Chwila, chwila... Dlaczego trzy koła? - zdziwił się Łacio
- Może jest gdzieś jeszcze jedno? Albo po prostu nie ma więcej. Jak byłam ostatnio w ogrodzie widziałam tylko trzy. Choć rzeczywiście to troszkę dziwne...
- Bo każdy wóz ma cztery koła - rozpoczął swój kolejny mądry wywód Łaciatek. - Nie widziałem jeszcze wozu z trzema kołami. Pamiętasz może Karola?
- Tego, który miał na grzbiecie pełno śladów po uderzeniach batem?
- Dokładnie. Kiedyś widziałem go na drodze i ciągnął właśnie wóz czterokołowy.
Konie na chwilę rozmarzyły się w tęsknocie za domem. Dobrze znały Karola i nawet go lubiły, mimo jego prostej pracy, która w społeczności stajennej kogo innego by przekreśliła. Może to dlatego, że tak stawiał się swojemu woźnicy? Na każde uderzenie batem stawał dęba albo wierzgał...
- Ej, gdzie jest Racket?
- Szczerze mówiąc to chyba nas to nie powinno obchodzić.
Łacio i Bianka spojrzeli jednak w stronę Michała, który wypowiadał dość dziwne słowa. W tym samym momencie rozwiązała się poprzednia zagadka.
- Dobra, teraz powinno pasować. Chociaż... Nie, ale... O, trzeba tylko przyciągnąć to i jeszcze ten pasek... Gotowe!
  Tymczasem konie zdążyły się już porządnie wytarzać ze śmiechu. Kiedy otrząsnęły się z rozbawienia i brudu, Racket był już fachowo zaprzężony do trójkołowego wozu, pełnego siana i wiader z wodą. Patrzyły na zaprzęgniętego z nieco głupimi minami, jednak nie głupszymi od miny jego samego.
  Wyruszyli w drogę. Racket ledwie stawiał kroki, ale wybór Michała był uzasadniony - Racket był jednym z najsilniejszych koni w całej stajni, a poza tym dobrze wiedział, czego może od niego oczekiwać.
- Biedna Rackietka... - mruknęła Bianka pod nosem, choć dosyć głośno. - Będzie ciągnąć wóz! Cha, cha, cha!
- Rackietka? Nie no, ale żeś wymyśliła! Rackietka!
Konie zapewne znowu wytarzałyby się ze śmiechu gdyby nie Alicja, która szybko przywróciła je do pionu. Wóz był już spory kawałek drogi przed nimi, więc Ala dosiadła Łacia i pogalopowali razem z Bianką za ich przenośnym domem.
  Łacio i Bianka nie mieli pojęcia, gdzie się wybierają. Przecież dobrze im było z tym namiocie, który teraz służył jedynie jako płachta przykrywająca ich zapasy żywności.

  Jechali długo niebieską ścieżką, potem skręcili na fioletową łąkę. Zdążyli się już przyzwyczaić do negatywu i żyło im się tu teraz całkiem przyjemnie, choć w ich głowach uczucia te mieszały się z innymi, złymi, a czasem nieokreślonymi. Tak na przykład Racket był wykończony i zbolały, ale jednak zadowolony z siebie, że wytrwał te męki. Łacio był głodny. Po za tym nie wiedział, co jest nie tak. Zauważał jednak złowieszczy cień tego dziwnego uczucia, które poznał podczas przygody z zasłoną. Spojrzał na Biankę. Cóż, piękna jak zwykle. Nietrudno było jednak zauważyć, że ona też to czuje. Nie było to cokolwiek jedyne dręczące ją uczucie, tym drugim była tęsknota za domem. Po krótkiej wymianie wspomnień była kompletnie załamana, ale jako klacz z klasą nie dawała tego po sobie poznać.
  W tym samym czasie Michał zdążył odwiązać już swojego rumaka od wozu. Wniebowzięty Racket skakał teraz po łące z wielką radością, szczęściem, zadowoleniem i innymi tego typu słowami.
  Nagle stało się to, co prędzej czy później stać się musiało. Racketa ogarnęło to dziwne uczucie, które resztę nawiedzało już od jakiegoś czasu. Ogier pocwałował przed siebie, a za nim reszta ze zbędnym ciężarem w formie Michała i Alicji na grzbietach.
  Po długiej gonitwie przez łąki i pola wszyscy zatrzymali się równo, ale bynajmniej nie ze zmęczenia, a z powodu wielkiego muru z kolorowym graffiti, który jakby nigdy nic stanął im na drodze. Łacio wyrwał się na chwilę spod kontroli i próbował skoczyć, ale Ala powstrzymała go mocnym szarpnięciem za wodze. "Dziewczyna wreszcie nauczyła się jeździć! Niestety..." - pomyślał Łaciatek, który po raz pierwszy od czasu zaczęcia pracy ze swoją panią poczuł ból w pysku.
  Nawet Racket, który chwalił się wszystkim, że skakał już na taką wysokość, nie chciał się teraz narażać. Nie wspomniał przecież, że mur o wysokości 2,20 m tak go przeraził, że zamiast skoczyć wpadł na niego z wielkim impetem, zrzucając tym samym Michała i przegrywając zawody. O tym incydencie wiedział jedynie Łacio, któremu opowiedziały tę historię inne konie startujące w tamtych zawodach. One jedyne wolały trzymać się z nim, on przynajmniej skakał przez przeszkody na miarę swoich umiejętności.
  W tym momencie lepszym pomysłem było jednak zastanowienie się nad kwestią muru, którego w normalnym świecie tam nie było. Michał wypowiadał już swoją zwyczajową kwestię:
- Co to ma znowu znaczyć?! Ja naprawdę się tak bawić nie będę! - wrzeszczał ze złością.
Alicja złapała go za rękę i zaczęła uspokajać.
- Spokojnie, może przez tan mur da się przejść? Tak jak przez zasłonę? Ale tym razem ja spróbuję - dodała widząc Michała, który już zabierał się do pokonywania muru w podany przez nią sposób.
  Ala podeszła do muru i się o niego oparła. Nic. Mocniej. Też nic.
- Może trzeba spaść z konia? Łaciu, chodź tutaj!
Łaciatek posłusznie przydreptał do swojej pani i dał się dosiąść. Pomysł uważał za głupi, ale jak się sama prosi... Zresztą zawsze podobały mu się jej upadki. Pogalopowali w stronę muru.
  W ostatniej chwili Łacio zatrzymał się trochę zbyt gwałtownie. Alicja wyleciała w powietrze jak rakieta i z pełną mocą uderzyła głową w mur. Powoli osunęła się na ziemię.
- To jednak nie działa... - powiedziała słabym głosem i zemdlała.
  Konie zebrały się wokół niej, próbując ją ożywić i cały czas odganiając Michała. Racket chciał być dobrym kolegą i trącił dziewczynę głową, co przypłacił bolesnym uszczypnięciem w ucho w wykonaniu Łaciatka - mimo ich wrogich stosunków po raz pierwszy coś takiego miało miejsce. Zdziwiony ogier odstąpił od reszty medyków, depcząc przy okazji po nogach swojemu panu. Łacio spróbował innego sposobu i po prostu polizał swoją panią po twarzy. Zero reakcji.
   Po około pięciu minutach bezskutecznych prób ocucenia Alicji konie wreszcie dopuściły do akcji Michała uzbrojonego w wiadro zimnej wody, którą wylał prosto na twarz koleżanki. Ala od razu otworzyła oczy i podniosła głowę.
- To nie było miłe...
- Oj, nie... On wylał nasza wodę! - awanturowały się konie, widocznie niezadowolone z takiego przebiegu sytuacji. Michała martwiło jednak co innego.
- Alusiu, jak się czujesz? Nic ci nie jest?
- Tylko nie Alusiu! - odwarknęła Alicja ze złością.
- Ale wszystko dobrze? Już nigdy więcej tego nie rób, to moja działka!
- Dobrze, dobrze, uspokój się! Nic mi nie jest!
 Ala wstała i chwiejnym krokiem podeszła do muru.
- Potrzebna nam drabina. Widziałam już u Bednarskich, weź Racketa i jedź.
Cały czas jeszcze słaba Alicja oparła się o mur, a Michał i Rackietka pojechali zdobyć drabinę. "Ciekawe jak ją będą chcieli zabrać tutaj?" - pomyślał złośliwie Łacio i zabrał się za czynność odpowiednią na taką okazję, czyli skubanie trawy.
  Kiedy zdobywcy wrócili z pięknym drewnianym trofeum, które ciągnęli za sobą zapewne przez całą drogę. W tym czasie Łacio i Bianka zdążyli już idealnie wystrzyc trawnik, wyglądał teraz niczym Wimbledon tuż przed rozpoczęciem turnieju. Wszyscy właściciele koni zastanawiali się nad tym, czy ich pupile nie byliby bardziej wydatni od kosiarek. Jednak niezapomniany widok rozdeptanego kopytami padoku, na którym kiedyś rosła trwa, raz na zawsze odwodził ich od tej decyzji. Takie już życie koniarza.
  Michał i Alicja nie zastanawiali się teraz jednak nad trawą i szybko zabrali się za stabilne opieranie drabiny o mur. W końcu jedno z nich musiało tam wyjść i spróbować przeskoczyć na drugą stronę. Wyliczanka zdecydowała o tym, że skoczyć ma Alicja, jednak Michał zmężniał po usłyszeniu tego wyroku i postanowił pójść sam, mając cały czas przed oczami sytuację sprzed pół godziny.
  Wszedł po drabinie i omal nie spadł z niej się ze szczęścia, bo zobaczył... ich stajnię! Oczarowanie jednak szybko minęło. Stajnia tam była - świetnie, byli tam ludzie - jeszcze lepiej. Problem był taki, że wszystko było czarno-białe.
- Co tam widzisz? - krzyknęła Ala do Michała, który ewidentnie nie mógł pozbierać myśli.
- Naszą stajnię - odparł niewyraźnym głosem. - Ale...
Nie zdążył dokończyć jednak zdania, bo obok niego pojawiła się już Alicja, która oczywiście musiała to zobaczyć jak najszybciej. Niestety, widok jej nie zadowolił.
- Ale ona jest czarno-biała... - stwierdziła Ala ze łzami w oczach.
- Właśnie chciałem ci to powiedzieć - westchnął Michał i zszedł z drabiny.
- Ale gdzie idziesz? Przecież miałeś skakać na drugą stronę!
- Ale...
- Bo ja skoczę!
Taka groźba postawiła go od razu na nogi. Wspiął się na drabinę, policzył do trzech i skoczył.
  Niestety i w tej sytuacji musiało spotkać go coś przykrego. Tym razem niewidzialna siła odepchnęła go z powrotem do negatywnej krainy, choć miał też trochę szczęścia, bo wylądował na wozie pełnym miękkich rzeczy.
- Nic ci nie jest? - zapytała troskliwie Ala i omal sama nie spadła z drabiny, schodząc na dół w ogromnym pośpiechu. - Może najpierw lepiej wiedzieć, co się stanie?
- Niby w jaki sposób chcesz się tego dowiadywać? Co?
- No właśnie trzeba to wymyślić! Na pewno się da! - Ala była pełna zapału, w przeciwieństwie do Michała, który nagle zaczął torpedować wszystkie jej plany.
- Ty chyba naprawdę mocno walnęłaś głową o ten mur... - odciął się jadowitym głosem, którego używał jak na razie tylko w trakcie rozmów z panem Kowalskim. - To wszystko jest dziwne, nienormalne! Tu są rzeczy magiczne, które w normalnym świecie nie istnieją! Nie mamy o nich zielonego pojęcia, nie zauważyłaś tego?
- Uspokój się, myślałam, że zależy ci na zbadaniu tego wszystkiego...
"Zbadać to ty się powinnaś" - pomyślał Michał, ale resztkami sił powstrzymał się powiedzenia tego Alicji. Wziął głęboki oddech i słuchał dalej.
- Jeśli nie chcesz pomóc, to proszę bardzo! Droga wolna! Bierz swojego konia i radź sobie sam.
- Dobra - zgodził się Michał i poprowadził zdziwionego Racketa do lasu. Ala udała się w odwrotnym kierunku, żeby też przypadkiem się z nimi nie spotkać. Łacio posłusznie podreptał za nią, a w jego ślady poszła Bianka. Konie nie były zadowolone z tego rozstania.
- No i z kogo się teraz będziemy śmiać? - zapytał zrozpaczony Łaciatek.

  Następne dni rzeczywiście w drużynie Ali nie mijały zbyt miło. Deszcz padał codziennie, więc po kilku sytuacjach, w których cała trójka totalnie przemokła, postanowili zamieszkać u Kowalskich. Mieli tam wszystko potrzebne do życia, nawet szklarnię z egzotycznymi roślinami i lodówkę, pełną pięknie pachnących wędlin, które Alicja zjadała ze smakiem jako śniadanie, obiad albo kolację. Musiała przecież nadrobić braki z całego pobytu. Codziennie wybywała też szukać głupot, jak to określiły konie. W tej sytuacji rację miał akurat Michał - kto by chciał szukać czarów w lasie czy na łące w negatywnej krainie, do której trafili przez głupi przypadek?

No i znowu niedokończone... Ale dziś muszę to przepisać, nie daruję sobie!

Tymczasem przeglądam sobie rękopis i natrafiłam na fragment z koszeniem łąki... xD Poznacie go trochę później. Teraz czytam jeszcze lepszy fragment z rozdziału bodajże siódmego, wstawię jednak tylko kawałeczek, który nic nie zdradzi: "stanął przed potworem z niewyraźną miną. Przechodziły go dreszcze na myśl, że będzie musiał wrócić po swojego żelaznego towarzysza".

To tyle na dziś, pozdrawiam i życzę miłej lektury. :)

sobota, 13 lipca 2013

Rozdział drugi

Teraz rozdział drugi w całości, czyli trochę więcej, niż zaprezentowałam wcześniej. Miłego czytania!

Rozdział drugi - Co jest za zasłoną?

Łaciatek i Bianka poczuli ostre szarpnięcie i zostali wessani przez zasłonę. Nie było to zbyt przyjemne uczucie, więc zamknęli oczy. Kiedy je otworzyli, zobaczyli, że leżą na trawie. Choć właściwie nie byli pewni, na czym leżą, bowiem trawa ta była... fioletowa. Konie zaczęły rozglądać się dookoła. Spojrzały na siebie ze zdziwieniem, które było w pełni uzasadnione: Bianka zrobiła się czarna, a sierść Łacia zdobiły niebieskie łaty. Oboje byli bardzo zdziwieni zarówno swoim wyglądem, jak i wyglądem otoczenia. Na żółto-pomarańczowym niebie świeciło, o ile można tak powiedzieć, czarne słońce, wokół nich rozciągał się fioletowy step, trochę dalej pola pełne niebieskich kłosów zbóż, a w okolicach białej zasłony - fiołkowy las. Po krótkim rozeznaniu w sytuacji Bianka wiedziała już, o co chodzi.
- Słuchaj, to jest kraina w negatywie, rozumiesz? - podzieliła się swoim spostrzeżeniem.
- Tak, wszystkie kolory są zamienione na swoje odwrotności, na przykład czarny na biały - tłumaczył bez potrzeby Łacio. - Tak więc cały krajobraz jest zupełnie normalny. Stoimy na zielonej trawie, tam masz złote pola, ciemny las, niebo jest niebieskie, słońce jasne... No i jeszcze czarna zasłona...
- Czyli jesteśmy jakby po jej drugiej stronie! Poznaję to miejsce, ty pewnie też?
- No jasne, chodźmy w takim razie szukać innych, raczej się tu nie zgubimy... - zarządził Łacio.
Ruszyli w drogę.

  Tymczasem Michał siedział nad jeziorem razem z Alicją i Racketem, choć ten ostatni właściwie nie siedział. Rozmowa się nie kleiła,wszyscy zajęci byli swoimi rozmyślaniami, z każdy myślał oczywiście o czym innym. Michał planował powrót, Alicja umierała z tęsknoty za Łaciem, a Racket myślał o pysznej, fioletowej trawie, jaką przyszło mu jeść tego wieczora.
  Zbliżał się zachód słońca. Niebo nareszcie nabrało normalniejszych barw i stało się przynajmniej turkusowe. Dookoła robiło się coraz jaśniej i wreszcie można było coś dokładniej obejrzeć. Pierwsze obiekty obserwacji były cokolwiek zaskakujące.

  Łacio i Bianka powoli zbliżali się do jeziora. Przystanęli na chwilę na wzgórzu, żeby rozejrzeć się po okolicy. Pierwszym żywym stworzeniem, jakie zobaczyli, był niestety Racket, którego widok od razu zepsuł im humor. Potem spojrzeli na kolejne żywe istoty i akurat musieli spojrzeć na Alę, ale chwilę później zobaczyli również Michała.
- Czyli jesteśmy w komplecie - skwitowała Bianka.

  - Ciekawe co się stało z Łaciusiem i Bianeczką... - zastanawiała się na głos zmartwiona Alicja, próbując zacząć jakąś rozmowę. - Pewnie wrócili do stajni...
- Nie jestem do końca tego pewien - odrzekł Michał i wskazał na wzgórze, na którym wdzięcznie stały dwa kolorowe konie. Alicja spojrzała w tamtą stronę i omal nie rzuciła się koledze na szyję.
- To Łaciuś i Bianeczka!! - wrzasnęła. - Przyszli tu za nami! Kochane koniki!
Michał niepostrzeżenie przejechał sobie ręką po twarzy. Takich zachować Ali naprawdę nie znosił, ale ogólnie była całkiem miła. I ładna, a to oczywiście miało ogromne znaczenie.
  Dziewczyna nie pozwoliła mu jednak dokończyć myśli. Tego też nie lubił, bo myślenie było dla niego czymś przyjemnym. Nie miał jednak wyboru i musiał udać się na wzgórze, żeby serdecznie powitać konie, których pojawienie się tutaj było dla niego od początku oczywiste.
 
  Gorąco witane przez Alę konie miały jednak inne zajęcia, mianowicie przyglądanie się swoim właścicielom. Wyglądali jak kosmici: mieli niebieskie twarze i fioletowe koszulki, które normalnie miały kolor zielony i były znakiem przynależności do klubu "Podkowa", działającego w ich stajni już od kilku lat. Najciekawiej, bo przynajmniej ładnie, wyglądały ich granatowe spodnie i białe buty. Konie przyglądały się temu ze zdziwieniem, które jednak nie minęło tak szybko i jeszcze następnego dnia miały problemy z ich normalnym postrzeganiem.

  Ciężko było spać w taką jasną "noc", ale byli dość zmęczeni i nie mieli innego wyboru. Na szczęście była wtedy pełnia i zyskali trochę cienia.
  Rano wstali dość późno, bo po wschodzie słońca nareszcie pojawiło się trochę potrzebnej im ciemności. Ale trzeba było wstawać i ruszać w drogę ku rozwiązaniu tej sprawy. Ich śniadanie nie było zbyt bogate, mieli możliwość zjedzenia jedynie kilku gruszek, które jakimś cudem znaleźli obok siebie. Konie były za to wniebowzięte i od samego przebudzenia obżerały się trawą. Śniadanie zamknęła kąpiel w jeziorze i mogli wreszcie ruszać w drogę.
  Nie było to wcale ładne, w końcu nikt nie lubi chodzić w ciemności. Innego wyjścia jednak nie było, przecież musieli się jak najszybciej stamtąd wydostać. Powędrowali w stronę pól.

  Konie niezbyt dobrze znosiły tę wędrówkę. Wszystko wydawało się takie straszne i mroczne... Najbardziej bał się Racket, który odskakiwał w bok przy każdym krzaczku. W nocy spać się nie dało, w dzień chodzić też nie, choć okolicę znał bardzo dobrze. "Beznadzieja" - myślał w każdej wolnej chwili. Był koniem płochliwym - to fakt, ale na tych terenach wszystko znał dobrze i przestało mu to przeszkadzać.
  Łaciatek i Bianka widzieli oczywiście nieszczęście kompana, ale nie mieli oczywiście zamiaru go pocieszać, wręcz przeciwnie - obśmiewali głośnym rżeniem wszystkie sytuacje, w których Racket zrzucał Michała uciekając cwałem przed pokrzywionym drzewem. Sam "poszkodowany" oczywiście nie był zadowolony z takiego przebiegu sprawy, ale nie miał odwagi, żeby powiedzieć to głośno.

  Pobyt w tej krainie był za to bardzo przyjemny dla zakochanej pary, która mogła spędzić ze sobą nareszcie więcej czasu. Spędzali razem niemożliwe do przespania bezksiężycowe noce, a czasem nawet odłączali się od reszty grupy w celu spędzenia kilku chwil na osobności. Sposób ten został jednak szybko odkryty i musieli zaprzestać jego stosowania. Czas spędzali jednak równie miło nabijając się z Racketa albo żartując.
  Konie, mimo nieszczęścia Racketa, które nie wynikało tylko ze strachu, ale również ze szczęścia Łacia i Bianki, były bardzo zadowolone z jakości pożywienia i napojów w negatywnej krainie. Pełno fioletowej trawy, lepszej oczywiście od zielonej, oraz sterylnie czystej wody w jeziorze, którą spokojnie mogli pić ich dwunożni towarzysze. Ludzie jednak samą trawą najeść się nie mogli, nie wystarczały im też owoce, choć mieli ich od dostatkiem. Cierpieli więc głód, a przez sen majaczyli coś o pieczeni i schabowym. Konie niejedzące mięsa mogły się jedynie zastanawiać, czym są owe potrawy. "Schab-owy... Owy schab? Ale jaki schab niby?" - zastanawiały się każdej nocy.

  Ciekawym faktem było to, że w tej krainie nie było żywego ducha, może oprócz nich, choć niektórzy mogli zostać powoli zaliczani do nieżywych. W sadzie pana Kowalskiego nie było nawet ptaszków, które pożerały wszystkie jego owoce i których tak bardzo nienawidził. "Może powinien się tu przeprowadzić?" - myślał Michał ze złośliwym uśmieszkiem. Akurat pana Kowalskiego nie lubił i starał się robić mu na złość we wszystkich możliwych momentach. W ogrodzie Bednarskich było identycznie.
  Ostrożnie otworzyli drzwi domu - były otwarte. W środku nie było nikogo, za to było wszystko, co do szczęścia potrzebne. Dom Kowalskich był lepiej urządzony i Ala nawet miała zamiar się tam pierwotnie wprowadzić, ale Michał storpedował jej plany,
- Ja w domu tego palanta mieszkać nie będę - skwitował swoje wytłumaczenia i zaprowadził konie do ogrodu Bednarskich.
- Czyli będziemy mieszkać tutaj? Okej, jedzenie jest... Nawet dwa łóżka... I telewizor! - zachwycała się Ala.
- Tak, ale są jeszcze trzy konie.
- W ogrodzie jest taka duża wiata, wprowadźmy je tam zanim zacznie padać.
W tym momencie zaczęła się ulewa. Michał wybiegł do ogrodu, ale w pierwszej chwili koni nie zobaczył. "Gdzie one..." - nie dokończył myśli, bo właśnie zobaczył konie stojące pod wiatą w ślicznych pozach, jakby ustawiały się do zdjęcia. Postanowił więc je tylko rozsiodłać i wrócił do domu.
   Na noc zapalili światło w pokojach i w wiacie, co dało im wreszcie trochę wymarzonego cienia. Wyspali się dobrze, następnie zjedli po solidnej porcji mięsa, co szybko przywróciło im siły witalne. Przez dzień rozgościli się trochę w swoim nowym domostwie i dopiero po obfitym obiedzie wyruszyli na wycieczkę krajoznawczą.
  Michał zaprowadził wszystkich do zasłony i wyrzekł głosem wielkiego zdobywcy takie oto słowa:
- Weszliśmy przez nią, to tak samo wyjdziemy!
Z uśmiechem zwycięzcy pomaszerował w stronę zasłony. Spotkała go jednak niemiła niespodzianka. Dotknął zasłony, wskoczył w nią, nawet się zaplątał! Nic. Cały czas był w tym wstrętnym świecie.
- Ja się tak nie bawię! - powiedział tym razem głosem dziecka, któremu nie podobają się zasady zabawy określone przez kolegę.

  W drogę powrotną wyruszyli zrezygnowani, musieli jednak zatrzymać się na chwilę, bo złapała ich kolejna ulewa, przekształcająca się powoli w burzę, którą - niezgodnie z przepisami bezpieczeństwa - przeczekali pod rozłożystym dębem. Całe to pogodowe zamieszanie nie trwało długo i mogli nareszcie wrócić do domu Bednarskich.
  Racket okazał się znowu piątym kołem u wozu, którym zresztą z matematycznego punktu widzenia był. Nie miał zamiaru chodzić po kałużach, ale Michał w końcu  jakoś zaciągnął go okrężną drogą do ogrodu. Niestety tam spotkała ich kolejna niemiła niespodzianka. Na dom zwaliło się wielkie drzewo, więc już właściwie nie mieli gdzie wracać.
- Ja się tak nie bawię! Mam tego dosyć! Co to ma w ogóle znaczyć?! - wrzeszczał Michał. Po chwili rzucił się na ziemię i zaczął walić pięściami w mokrą trawę. Alicja szybko zainterweniowała i zaprowadziła ubłoconego towarzysza do domu Kowalskich. Biedny Michał nawet zapomniał, że powinien się temu opierać. Następnego dnia jednak odzyskał rozum i wyskoczył z domu wroga jak oparzony. Przy okazji wpadł na świetny pomysł.
  - Weź to i to, może jeszcze to... A, koniecznie musisz wziąć to! - mówiła Ala podając Michałowi rzeczy potrzebne do realizacji pomysłu, które znalazła w ogrodzie Bednarskich.
Na łące leżały już płachty folii, zapasy żywności, sznury, szmaty... Jednym słowem: wszystko. Wyglądało to trochę, a nawet bardzo dziwnie. Konie zbiły się z ciasną grupkę, zapominając o niechęci do jednego z osobników i patrzyły z osłupieniem na to widowisko.
  Łaciatek nie mógł się wprost nadziwić swojej pani. Z uroczej dziewczynki stała się teraz bardziej dojrzała i samodzielna. Przypominała właściwie wojowniczkę, ze swoimi potarganymi przez warunki pogodowe ciemnymi włosami i ubraniem, o którym może lepiej nie wspominać.
  Po około dwóch godzinach przed końmi stanął wielki namiot. Podeszły bliżej, żeby mu się lepiej przyjrzeć, jednak Racketa nie było na to stać i przerażony uciekł do ogrodu. Przyprowadziła go Ala, za nimi szedł Michał, wlokąc za sobą dwa stare materace. Łacio i Bianka tarzali się, i to dosłownie, ze śmiechu, patrząc na minę Racketa.
- Brudasy, co wy robicie?! Nie mam czym was wyczyścić z tego błota! Jak możecie mi to robić?! - to nie był słodki głosik Ali. Teraz mówiła w pełni poważnie.
Konie posłusznie wstały i poszły wytarzać się w mokrej trawie, żeby zmyć z siebie dowody.
  Noc nadeszła niespodziewanie, razem z kolejną ulewą. Wszyscy spali w jednym namiocie, zrobionym z jak najciemniejszych materiałów, żeby mogli spać spokojnie. Zasnęli nie myśląc o kolejnym dniu, który miał przynieść kolejne doświadczenia.

Dzięki za czytanie, zapraszam do komentowania i pozdrawiam. Dobranoc!

Rozdział pierwszy... po raz drugi ^^

Witam, witam i powracam ze swoją książką!

Bez zbędnych formalności, powtórka rozdziału pierwszego:

Rozdział 1. - "Złe przeczucie, las i zasłona"

  W niedzielny poranek, około szóstej, stajnia budziła się leniwie do życia. Konie prostowały nogi, co można było wywnioskować po głośnym trzaskaniu zastanych stawów, jakie dochodziło z większości boksów.
  Łaciatek leniwie żuł siano, które, o dziwo, zostało mu po wczorajszej kolacji. Patrzył lekko nieprzytomnym wzrokiem na piękną Biankę w boksie na przeciwko. Uważał ją za dar niebios, który niespodziewanie zamieszkał tuż obok niego. Od tego czasu codziennie uciekał do świata marzeń właśnie w taki sposób, jaki prezentował tego ranka.
- Jaka ona jest piękna... - myślał - Ta grzywa, połysk sierści, szlachetna postawa!
Łaciatek zagłębił się jeszcze bardziej w swoich marzeniach, wyobrażając sobie siebie i Dar Niebios razem na jednym pastwisku.
  Wiadomo, że zakochany samiec zawsze będzie uważał swoją ukochaną za najpiękniejszą, ale w tej kwestii jednak Łacio miał całkowitą rację.
  Srebrzysta, choć w dokumentach zapisana jako siwa, sierść Bianki połyskiwała w porannym słońcu, którego promienie wkradały się przez małe okienko w dachu prosto do jej boksu. Długa, błyszcząca i idealnie wyczesana grzywa spadała delikatnie na głowę i szyję swojej właścicielki, nadając jej wspaniałą aurę tajemniczości. Koniec ogona bezwładnie włóczył się po ziemi, co oczywiście nie odbierało Biance uroku. Była typowym koniem pokazowym, choć prawdę mówiąc niechętnie brała udział w jakichkolwiek wystawach. Najchętniej nie robiłaby niczego.

  Około siódmej wszystkie konie były już na nogach i niecierpliwie czekały na śniadanie. Stajenny nie przychodził już długo, normalnie krzątał się po stajni zanim konie zdążyły się obudzić. Mieszkańcy stajni zaczynali się denerwować. Było już piętnaście minut po siódmej, dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści... Pierwszy wybuchnął Łaciatek, który od zawsze nosił miano największego żarłoka w całym towarzystwie:
- Co to ma znaczyć?! - zarżał głośno, wyrywając inne konie z głębokiej zadumy, w jaką pogrążały się, gdy nie działo się nic ciekawego - Jestem głodny, chcę jeść!
- Uspokój się - parsknął Tin-Can, u którego dobry apetyt gościł bardzo rzadko. - Możesz chyba chwilę poczekać? Nie każdy jest głodny! - dodał.
Łacio nic nie odpowiedział, nie chciał się kłócić z innymi. Zawsze nosił miano anioła i tak miało pozostać, choćby miał za to zapłacić najwyższą cenę.
- I nie każdy jest pupilkiem stajennego... - dopowiedział swoje trzy grosze Racket i cała stajnia zarżała z rozbawieniem.
  Łaciatek i Racket nigdy się nie lubili. Wszyscy o tym wiedzieli i na ich kłótnie nie zwracali uwagi. Jednak zawsze bardziej lubili Racketa, głównie ze względu na jego osiągnięcia, dlatego zazwyczaj stawały po jego stronie. Rzeczywiście potrafił im łatwo zaimponować, wystarczyło pochwalić się medalem na wojewódzkich mistrzostwach albo najlepszym wynikiem w jednym z nic nieznaczących konkursów Pucharu Polski. Konie nie znały się na podziałach administracyjnych, więc byle co było dla nich czymś wielkim. Oczywiście, Racket mógłby startować w lepszych zawodach, ale mogąc tak łatwo zdobyć przychylność całej stajni zwyczajnie nie chciał się wysilać.
  Jedynym wyjątkiem był Łaciatek. Jak na konia był niezwykle inteligenty i dobrze wiedział, czym jest powiat i jakim malutkim punkcikiem jest Polska na mapie. Nie próbował podważać osiągnięć swego wroga, bo wiedział, że konie i tak nie będą go słuchać.Sam nie miał zresztą prawie żadnych osiągnięć w zawodach. Pozostawało mu tylko siedzieć w cieniu chwały Racketa i mieć swoje, ukryte głęboko w sercu zdanie, którego głośno nie wyrażał nigdy, a które i tak wszyscy znali.
  Koniec końców Łaciatek i Racket mocno się nienawidzili i przy każdej okazji starali się sprawić przeciwnikowi przykrość. Denerwował ich też fakt, że ich właściciele nie mieli nic do siebie, a nawet byli dobrymi przyjaciółmi, o ile można mówić o przyjaźni między nastolatką i dorosłym mężczyzną. Jedno jednak Łaciatka i Racketa łączyło: miłość do Bianki.

Tymczasem była już godzina późna rano, według zegara końskiego, a według zwykłego po prostu ósma, kiedy nagle otworzyły się drzwi stajni. Na to miłe skrzypienie zawiasów konie od razu podniosły głowy. Do środka wkroczył uśmiechnięty staruszek, który pracował tutaj na stanowisku stajennego od zawsze, pamiętały go nawet najstarsze konie. Wszystkie go kochały i szanowały, tak samo jak on kochał i szanował je. Został powitany radosnym parskaniem. Za nim wszedł dziwny osobnik w ciemnych okularach i eleganckiej marynarce. Nie wyglądał na zbyt inteligentnego, ale to co trzymał w ręku miało większe znaczenie.
  Łaciatek mimo swojego intelektu nigdy nie mógł oprzeć się jedzeniu. Czy to śniadanie, czy obiad albo kolacja, zawsze musiał dostawać większe porcje. Z początku nie chciano mu dawać tyle jedzenia, ale z czasem zmienili zdanie. Łacio był dobrze wysportowany, więc więcej jedzenia oznaczało dla niego jedynie więcej energii, a nie więcej zbędnych kilogramów.
  Wróćmy jednak razem z myślami Łaciatka do tego, co dziwny osobnik miał ze sobą. Stał teraz przed boksem Bianki i rozmawiał o czymś ze stajennym, więc można było dokładniej się przyjrzeć wielkiemu workowi marchewek, który trzymał w prawej ręce. Jednak dla prawdziwego smakosza samo patrzenie nie wystarczy. Łacio już wyciągał głowę, żeby zdobyć należne mu pomarańczowe trofeum, kiedy odepchnął go mocny zapach, znaczy smród, jak na koński nos, jakichś luksusowych perfum. Zrezygnowany kichnął mimowolnie. Zabrał się więc za siano i zaczął przysłuchiwać się rozmowie dziwnego osobnika ze stajennym.
- Dziś będziesz się zajmował Bianką, Maćku - mówił stajenny wskazując na Dar Niebios. - Twoim zadaniem będzie jej wyczyszczenie i nakarmienie.
"A więc ma na imię Maciek... Fascynujące!" - pomyślał Łaciatek z lekką ironią. - "Ale chwila, on ma się zajmować Bianką?!"
  Bianka miała swojego właściciela, który kochał ją bezgranicznie, codziennie do niej przychodził i spełniał wszystkie jej zachcianki. Dlaczego więc teraz miał się zajmować nią jakiś dziwak w garniturze? To nawet dla mądrego Łacia było niezrozumiałe.
  Tymczasem dziwak i stajenny udali się w stronę siodlarni i kontynuowali rozmowę.
- Musisz się przebrać, mój drogi - powiedział stajenny z uśmiechem. - Szkoda troszkę tej marynarki...
- Wiem, wiem. Mam tutaj odpowiednie ubranie - podniósł lewą rękę, w której trzymał niewielki, zielony plecak. Łaciatek dopiero teraz go zauważył.
- W takim razie chodź, przebierz się i weź szczotki Bianki.
Dalsze słuchanie tej rozmowy nie miało sensu, zwłaszcza że w końskim świecie działy się ciekawsze rzeczy. Racket wychylił głowę ze swojego boksu w stronę Bianki i wypowiedział do niej te oto słowa, które wprawiły i tak już nieszczęśliwego Łaciatka w jeszcze gorszy humor:
- Oh, my lovely - zaczął podlizywać się swoją nikłą znajomością angielskiego. Łacio parsknął zniesmaczony. - You are realy beautiful! - ciągnął swą wypowiedź Racket.
"Teraz zauważyłeś?" - przebiegło przez myśl Łaciatkowi. Na szczęście nie wypowiedział tego na głos. Racket nie znając tych myśli kontynuował swoje popisy językowe.
- I just want to say - przerwa pełna napięcia...
"That I'm too stupid to speak English" - pomyślał pełen złości Łacio. Jednak zakończenie tej wypowiedzi było zupełnie inne.
- That I love you - dokończył wreszcie Racket i spojrzał pytająco na swoją ukochaną. Łaciatek ledwo usłyszał jej odpowiedź:
- I love you, too, Racket.
  Tego było już za wiele! Wiadomo, że Racket robił mu na złość, ale żeby Bianka tę miłość odwzajemniała?! Wiedział, że obaj kochają tą samą klacz, ale wiedział też, że Bianka zawsze odprawiała swoich adoratorów z kwitkiem.
  Z zamyślenia wyrwali go Michał i Alicja, to jest pan Racketa i pani Łaciatka, której z całego serca nie znosił. Tylko jej ojciec był dla niego dobry i tylko dla niego jako tako Alicję szanował.
  Jednak nie tylko to Łaciowi się nie podobało. Ponieważ między Michałem i Alą był pewien rodzaj przyjaźni, często jeździli razem na wycieczki do lasu. Na szczęście, dzięki swojemu łagodnemu usposobieniu dzielnie znosił te jazdy, choć jego myśli biegły zupełnie innym torem. Przez to Alicja i Michał byli utwierdzeni w fałszywym przekonaniu, że ich konie lubią się tak samo jak oni sami.
  Podczas tych rozmyślań Alicja zdążyła mu już założyć różowy (o, zgrozo!) kantar. Fakt, że był wałachem, ale cały czas jednak facetem! Nienawidził tego kantara tak samo jak całej Alicji, za każdym razem myślał tylko "Cóż to za upokorzenie!" i poddawał się krytycznemu spojrzeniu kolegów.
  Była śliczna pogoda, więc wszyscy wyszli na zewnątrz. Łaciatek i Racket musieli znosić męczarnie stania obok siebie, Bianka stacjonowała na przeciwko nich i obaj mogli się jej przyglądać, na co oczywiście żaden nie chciał się odważyć. Michał zabrał się za czyszczenie swojego pupilka, ale już po chwili gdzieś wyszedł, jak to miał w zwyczaju. Szybko jednak wrócił z siodłem i ogłowiem, założył je Racketowi i poszli na ujeżdżalnię.
  Łacio stał przywiązany do słupa cudownym sposobem Alicji, która na chwilę obecną udała się za Michałem. Maciek cały czas prowadził pogawędkę ze stajennym i nie mieli zamiaru szybko jej kończyć, gdyż temat zszedł na samochody wyścigowe. Warunki były więc idealne.Nie czekając dłużej dzielny wierzchowiec w różowym kantarze przeszedł do czynów. Nie wiadomo, czy to on był aż tak mądry, czy Ala była aż tak głupia, że nie potrafiła go przywiązać do słupka. Łaciatek oswobodził się jednym szarpnięciem i ostrożnie podszedł do Bianki. Stała piękna jak zwykle w sierpniowym słońcu, ze swoją błyszczącą grzywą i ogonem... Łacio szybko wyrwał się z rozmarzenia i zaczął realizować swój plan.
- Cześć, co słychać? - zaczął nieśmiałym akcentem. - Chcąc nie chcąc słyszałem twoją rozmowę z Racketem...
- I co z tego? - przerwała mu ze zniecierpliwieniem. - Ty zawsze podsłuchujesz.
Łaciatek został zbity z tropu. Taka delikatna dziewczyna i takie mocne słowa?
- Nie no... bo tego, znaczy ten... no... - całkowicie się pogubił. - Ja tylko chciałem cię zapytać, czy... - wziął głęboki oddech, jak to musiał zawsze robić w trudnych momentach rozmowy  - czy ty naprawdę kochasz Racketa?! - wyrzucił z siebie ostatnie słowa z wyraźną ulgą i głośno parsknął. Z napięciem czekał na odpowiedź.
- A co cię to obchodzi? - odcięła się, ale od razu sprostowała swoją odpowiedź. - A właściwie to nie, nie kocham go, ale nie chcę robić mu przykrości.
W ten oto sposób Łaciatek został zbity z tropu po raz drugi. Miał już się nawet pogodzić z sytuacją i wrócić na swoje miejsce przy drążku.
- I ma taki wielki autorytet u wszystkich w stajni - dodała jeszcze, na które to słowa Łacio prychnął z pogardą. "Wielki mi autorytet!" - pomyślał. - "Oszust i tyle!" Nie wyraził tego głośno, ale w zamian powiedział coś właściwie dużo gorszego:
- I tylko dlatego... dlatego mówisz temu palantowi, temu idiocie, że go kochasz?!
Biance chwilowo odebrało mowę, ale po chwili zebrała się w sobie i zaczęła uspokajanie swojego kolegi.
- Łaciatek, posłuchaj mnie - odezwała się ostro. Od razu na nią spojrzał. - Gdybym mu odmówiła nie dałby ci spokoju...
- A to niby dlaczego? - zapytał, choć dobrze wiedział, o co chodzi.
- Dlatego, że uważam cię za lepszego od niego. O wiele! I to we wszystkim - dodała, wprawiając siebie i Łacia w dużo lepszy humor.. Ba, we wspaniały humor!
"Ona odwzajemnia moją miłość" - zachwycał się w duchu Łaciatek. Był wręcz wniebowzięty.
  I wtedy przyszła Alicja, wyrywając zakochanych z zamyślenia, ale zła bynajmniej nie była.
- Łaciusiu, jak ty się odwiązałeś? - zapytała słodkim głosikiem. - Niedobry konik! Tak nie wolno!
  Biedny Łaciatek zastanawiał się czasami, czy nie wygląda na cofniętego w rozwoju. Oczywiście tak nie wyglądał, ale w towarzystwie swojej pani mógł się tak poczuć. Na szczęście była to jedyna osoba, która go za takiego uważała.
  Tymczasem został on już wyczyszczony oraz osiodłany. Ala odwiązała go (bardzo się przy tym trudząc) od słupa, dosiadła swego wierzchowca i pojechali na jazdę w teren.
  Teren nigdy nie był zbytnio ciekawy. Łaciatek był przyzwyczajony do lasu, bo jeździł tam prawie codziennie. Znał trasę ich wycieczek na pamięć (choć Alicja myślała, że to jej magiczne moce): codziennie w tym samym miejscu miał ruszyć kłusem, codziennie w tym samym miejscu zagalopować, codziennie przejeżdżał koło tego samego drzewa, którego w swoim czasie się bał... i dzięki temu strach w końcu minął. Właściwie maneż odwiedzali tylko przed zawodami, w których niezbyt często brali udział. Dla Łacia była to oczywiście miła odmiana, ale tej niedzieli Ala nie myślała w ogóle o startach i musiał znieść kolejny nudny teren.
  O dziwo, ten teren nie był wcale nudny. Niby jechali tą samą trasą, ale Łaciatek już czuł, że coś się święci. Jechali spokojnym kłusem, kiedy nagle złe odczucie zaczęło się powiększać. Po chwili było to tak uciążliwe, że Łacio musiał dać mu jakiś upust. Zagalopował. Na nic się zdało rozpaczliwe szarpanie za wodze, jak i na nic się zdało samo galopowanie: złe odczucie nie zmniejszyło się,  wręcz przeciwnie - znowu zaczęło się powiększać. Łaciatek postanowił odnaleźć jego źródło. Ruszył cwałem i gwałtownie skręcił. Alicja ledwo trzymała się w siodle, krzyczała i szarpała za wodze, co w tym wypadku nie miało żadnego sensu. Jeśli koń coś postanowi, to skończyć musi. Jednak teraz koniec nadszedł niespodziewanie szybko i w niespodziewanym miejscu. Oto przed nimi, na gałęziach dwóch rozłożystych dębów wisiała czarna zasłona. Łaciuś zatrzymał się raptownie, wyrzucając Alicję przed siebie.
  Byłby z tego bardzo zadowolony, gdyby nie fakt, że jego pani po prostu nigdzie nie było. Przed zasłoną, za zasłoną, pod zasłoną, nad zasłoną, obok zasłony, w zasłonie... Łaciatkowi zaczęło brakować możliwych do sprawdzenia miejsc. Jego pani nie było i tyle. Nie mógł się bez niej pokazać w stajni i mimo radości z jej upadku był nieco strapiony.
  Czekał zamyślony na... właściwie to w takiej sytuacji mógł czekać jedynie na cud. Przystanął pod drzewem i zaczął spokojnie obgryzać liście z pobliskiego krzaczka. Postał tak przez chwilę, po czym jeszcze raz rozejrzał się po okolicy, ale niczego nadzwyczajnego nie zauważył. Wrócił pod swoje drzewo i dla odmiany zabrał się za przeżuwanie trawy. Czekał dalej.
  W końcu się doczekał. Tętent kopyt wyrwał go z zamyślenia. Łaciatek w mgnieniu oka porzucił smutne myśli i odwrócił się w kierunku, z którego owy dźwięk pochodził. Ścieżką galopowała Bianka z Michałem na grzbiecie. Jej srebrzysta grzywa powiewała na wietrze, sierść błyszczała w słońcu... Ale chwila... Michał na Biance? Nawet mądremu Łaciowi niektóre rzeczy nie mieściły się w głowie. Klacz zahamowała raptownie, choć z wielką gracją przed zasłoną. Łaciatek gotów był mieć déjà vu, ale Michał mu to uniemożliwił nie wpadając na zasłonę. Poprawił swoją pozycję w siodle i rozejrzał się dookoła. Jego uwagi nie przykuła wcale zasłona, która bez wstydu wisiała sobie w lesie, a Łaciatek.
- Gdzie jest Ala? - zapytał Michał pobliskie drzewo. Pytanie miało być jednak skierowane do Łacia, który absolutnie się tym nie przejął i zajął się przepytywaniem Bianki:
- Co się stało? Co ty tu robisz? Dlaczego przyjechałaś z Michałem? - chwilowo zabrakło mu tchu i Dar Niebios wreszcie mógł odpowiedzieć.
- Racket zniknął! - zaczęła wyjaśniać smutnym głosem, co Łacia wprawiło w czystą furię. - Zrzucił Michała i pocwałował do lasu, teraz go nigdzie nie ma, więc Michał wybrał się na poszukiwania i wypadło akurat na mnie. I tak sobie jechaliśmy, aż nagle poczułam coś niedobrego... i przybiegłam tutaj, pod tę dziwną zasłonę.
- Ciekawe... Wszystkie konie dziś ciągnie do tej zasłony... Przybiegłem tu z godzinę temu, zatrzymałem się, Alicja spadła i teraz jej nie ma. A w stajni przecież nie mogę się bez niej pokazać!
- Może ta zasłona pochłania wszystko, co jej dotknie? - zasugerowała Bianka patrząc na Michała, który wreszcie zwrócił uwagę na zasłonę i podszedł do niej bliżej. Łaciatek również odwrócił się w tamtą stronę. - Tak mi się wydaje - dodała Bianka, kiedy biedny Michał został wciągnięty w niewiadome miejsce przez czarną zasłonę.
- Dobra, idziemy tam! Ktoś musi rozwiązać te sprawę!
  Konie podeszły do tajemniczego obiektu i dotknęły go głowami.

No i za chwilkę rozdział drugi. Rozdział drugi w całości! :P

Pamiętacie moją książkę?

Tak, to ja, ale tym razem czysto informacyjnie. Myślę też, że moja obecność tutaj nawet powinna cieszyć.

Zapewne wszyscy (czyli jedna kochana osoba), którzy śledzili mojego bloga od początku, pamiętają dobrze moją książkę. Tak się złożyło, że akurat dzisiaj przeglądałam stare posty i trafiłam właśnie na nią. Przeczytałam. Uśmiechnęłam się. Chciałam czytać dalej. Ale dalej nie było...

Pomyślałam sobie, że skoro mam teraz tyle czasu na blogowanie, to powinnam chociażby dla własnej satysfakcji pisać to dalej. Chcę oczywiście zacząć jak najszybciej. Postaram się pisać tak, żeby wszystko było przejrzyste i wygodne w czytaniu. Na początek przepiszę (a raczej skopiuję i wkleję w nowych postach) dwa pierwsze rozdziały, a potem każdy kolejny będę pisać w osobnym poście. Na jeden dzień będę chciała przepisać co najmniej jeden rozdział. Zaczynam dziś wieczorem (lub w poniedziałek, bo moje plany są ruchome) od dokończenia rozdziału drugiego.

Pozdrawiam i już życzę miłej lektury. Do napisania!

Poznajcie mojego kota

Witam wszystkich w ten piękny... piękny? No nieważne, witam wszystkich w ten względnie piękny dzień.
Zabrałam się dziś za przeglądanie zdjęć w moim telefonie z nadzieją na znalezienie czegoś ciekawego. I znalazłam - mnóstwo ślicznych zdjęć mojego kotka.
Teraz opowiem więc trochę o kotku, a na koniec będą zdjęcia. Mój kotek jest kotką, a na imię jej Plamka. Ma 4 lata i jest kotem po przejściach, co można wywnioskować chociażby po złamanym na końcu ogonie. Teraz jednak zmieniła się w rozpieszczone kocisko, które tylko je, załatwia potrzeby fizjologiczne, domaga się głaskania i śpi (niekoniecznie w tej kolejności). Warto też wspomnieć, że zawsze mówimy do niej "kocie", więc już dawno przestała reagować na imię. Wygląd trudno jest opisać, więc czas na zdjęcia.

piątek, 12 lipca 2013

Morgan

Witam ponownie, ale na krótko.
Z tego co pamiętam, obiecywałam zdjęcie Morgana. Oto i on (po prawej):

Ta w różowym to ja, a ta po lewej to Bożenka.