Cześć i czołem wszystkim!
Tak, już przyszłam, żeby Was dręczyć. :D Sama nie wiem, co dziś chcę tu zaprezentować, może niech będzie krótka historyjka o koniach... Ach, nie! Mam lepszy pomysł! Zaprezentuję tutaj początek mojej książki, którą piszę już od pewnego czasu. Jest to książka chyba o koniach (coś zauważyłeś, drogi Czytelniku?) Nie ma jeszcze tytułu (może ktoś mi coś podpowie?), ale myślę, że jak na mój styl, który nie wszystkim musi się podobać, jest całkiem niezła. Od razu ostrzegam, że przepisując ją na bloga wprowadzam pewne poprawki. Jeśli chcecie poznać wersję pierwotną, po prostu napiszcie o tym w komentarzu lub ewentualnie mailem (konik-007@wp.pl).
Rozdział 1. - "Złe przeczucie, las i zasłona"
W niedzielny poranek, około szóstej, stajnia budziła się leniwie do życia. Konie prostowały nogi, co można było wywnioskować po głośnym trzaskaniu zastanych stawów, jakie dochodziło z większości boksów.
Łaciatek leniwie żuł siano, które, o dziwo, zostało mu po wczorajszej kolacji. Patrzył lekko nieprzytomnym wzrokiem na piękną Biankę w boksie na przeciwko. Uważał ją za dar niebios, który niespodziewanie zamieszkał tuż obok niego. Od tego czasu codziennie uciekał do świata marzeń właśnie w taki sposób, jaki prezentował tego ranka.
- Jaka ona jest piękna... - myślał - Ta grzywa, połysk sierści, szlachetna postawa!
Łaciatek zagłębił się jeszcze bardziej w swoich marzeniach, wyobrażając sobie siebie i Dar Niebios razem na jednym pastwisku.
Wiadomo, że zakochany ogier zawsze będzie uważał swoją ukochaną za najpiękniejszą, ale w tej kwestii jednak Łacio miał całkowitą rację.
Srebrzysta, choć w dokumentach zapisana jako siwa, sierść Bianki połyskiwała w porannym słońcu, którego promienie wkradały się przez małe okienko w dachu prosto do jej boksu. Długa, błyszcząca i idealnie wyczesana grzywa spadała delikatnie na głowę i szyję swojej właścicielki, nadając jej wspaniałą aurę tajemniczości. Koniec ogona bezwładnie włóczył się po ziemi, co oczywiście nie odbierało Biance uroku. Była typowym koniem pokazowym, choć prawdę mówiąc niechętnie brała udział w jakichkolwiek wystawach. Najchętniej nie robiłaby niczego.
Około siódmej wszystkie konie były już na nogach i niecierpliwie czekały na śniadanie. Stajenny nie przychodził już długo, normalnie krzątał się po stajni zanim konie zdążyły się obudzić. Mieszkańcy stajni zaczynali się denerwować. Było już piętnaście minut po siódmej, dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści... Pierwszy wybuchnął Łaciatek, który od zawsze nosił miano największego żarłoka w całym towarzystwie:
- Co to ma znaczyć?! - zarżał głośno, wyrywając inne konie z głębokiej zadumy, w jaką pogrążały się konie, gdy nie działo się nic ciekawego - Jestem głodny, chcę jeść!
- Uspokój się - parsknął Tin-Can, u którego dobry apetyt gościł bardzo rzadko. - Możesz chyba chwilę poczekać? Nie każdy jest głodny! - dodał.
Łacio nic nie odpowiedział, nie chciał się kłócić z innymi. Zawsze nosił miano anioła i tak miało pozostać.
- I nie każdy jest pupilkiem stajennego... - dopowiedział swoje trzy grosze Racket i cała stajnia zarżała z rozbawieniem.
Łaciatek i Racket nigdy się nie lubili. Wszyscy o tym wiedzieli i na ich kłótnie nie zwracali uwagi. Jednak zawsze bardziej lubili Racketa, głównie ze względu na jego osiągnięcia, dlatego zazwyczaj stawały po jego stronie. Rzeczywiście potrafił im łatwo zaimponować, wystarczyło pochwalić się medalem na wojewódzkich mistrzostwach albo najlepszym wynikiem w jednym z nic nieznaczących konkursów Pucharu Polski. Konie nie znały się na podziałach administracyjnych, więc byle co było dla nich czymś wielkim. Oczywiście, Racket mógłby startować w lepszych zawodach, ale mogąc tak łatwo zdobyć przychylność całej stajni zwyczajnie nie chciał się wysilać.
Jedynym wyjątkiem był Łaciatek. Jak na konia był niezwykle inteligenty i dobrze wiedział, czym jest powiat i jakim malutkim punkcikiem jest Polska na mapie. Nie próbował podważać osiągnięć swego wroga, bo wiedział, że konie i tak nie będą go słuchać.Sam nie miał zresztą prawie żadnych osiągnięć w zawodach. Pozostawało mu tylko siedzieć w cieniu chwały Racketa i mieć swoje, ukryte głęboko w sercu zdanie, którego głośno nie wyrażał nigdy, a które i tak wszyscy znali.
Koniec końców Łaciatek i Racket mocno się nienawidzili i przy każdej okazji starali się sprawić przeciwnikowi przykrość. Denerwował ich też fakt, że ich właściciele nie mieli nic do siebie, a nawet byli dobrymi przyjaciółmi, o ile można mówić o przyjaźni między nastolatką i dorosłym mężczyzną. Jedno jednak Łaciatka i Racketa łączyło: miłość do Bianki.
Tymczasem była już godzina późna rano, według zegara końskiego, a według zwykłego po prostu ósma, kiedy nagle otworzyły się drzwi stajni. Na to miłe skrzypienie zawiasów konie od razu podniosły głowy. Do środka wkroczył uśmiechnięty staruszek, który pracował tutaj na stanowisku stajennego od zawsze, pamiętały go nawet najstarsze konie. Wszystkie go kochały i szanowały, tak samo jak on kochał i szanował je. Został powitany radosnym parskaniem. Za nim wszedł dziwny osobnik w ciemnych okularach i eleganckiej marynarce. Nie wyglądał na zbyt inteligentnego, ale to co trzymał w ręku miało większe znaczenie.
Łaciatek mimo swojego intelektu nigdy nie mógł oprzeć się jedzeniu. Czy to śniadanie, czy obiad albo kolacja, zawsze musiał dostawać większe porcje. Z początku nie chciano mu dawać tyle jedzenia, ale z czasem zmienili zdanie. Łacio był dobrze wysportowany, więc więcej jedzenia oznaczało dla niego jedynie więcej energii, a nie więcej zbędnych kilogramów.
Wróćmy jednak razem z myślami Łaciatka do tego, co dziwny osobnik miał ze sobą. Stał teraz przed boksem Bianki i rozmawiał o czymś ze stajennym, więc można było dokładniej się przyjrzeć wielkiemu workowi marchewek, który trzymał w prawej ręce. Jednak dla prawdziwego smakosza samo patrzenie nie wystarczy. Łacio już wyciągał głowę, żeby zdobyć należne mu pomarańczowe trofeum, kiedy odepchnął go mocny zapach, znaczy smród, jak na koński nos, jakichś luksusowych perfum. Zrezygnowany kichnął mimowolnie. Zabrał się więc za siano i zaczął przysłuchiwać się rozmowie dziwnego osobnika ze stajennym.
- Dziś będziesz się zajmował Bianką, Maćku - mówił stajenny wskazując na Dar Niebios. - Twoim zadaniem będzie jej wyczyszczenie i nakarmienie.
"A więc ma na imię Maciek... Fascynujące!" - pomyślał Łaciatek z lekką ironią. - "Ale chwila, on ma się zajmować Bianką?!"
Bianka miała swojego właściciela, który kochał ją bezgranicznie, codziennie do niej przychodził i spełniał wszystkie jej zachcianki. Dlaczego więc teraz miał się zajmować nią jakiś dziwak w garniturze? To nawet dla mądrego Łacia było niezrozumiałe.
Tymczasem dziwak i stajenny udali się w stronę siodlarni i kontynuowali rozmowę.
- Musisz się przebrać, mój drogi - powiedział stajenny z uśmiechem. - Szkoda troszkę tej marynarki...
- Wiem, wiem. Mam tutaj odpowiednie ubranie - podniósł lewą rękę, w której trzymał niewielki, zielony plecak. Łaciatek dopiero teraz go zauważył.
- W takim razie chodź, przebierz się i weź szczotki Bianki.
Dalsze słuchanie tej rozmowy nie miało sensu, zwłaszcza że w końskim świecie działy się ciekawsze rzeczy. Racket wychylił głowę ze swojego boksu w stronę Bianki i wypowiedział do niej te oto słowa, które wprawiły i tak już nieszczęśliwego Łaciatka w jeszcze gorszy humor:
- Oh, my lovely - zaczął podlizywać się swoją nikłą znajomością angielskiego. Łacio parsknął zniesmaczony. - You are realy beautiful! - ciągnął swą wypowiedź Racket.
"Teraz zauważyłeś?" - przebiegło przez myśl Łaciatkowi. Na szczęście nie wypowiedział tego na głos. Racket nie znając tych myśli kontynuował swoje popisy językowe.
- I just want to say - przerwa pełna napięcia...
"That I'm too stupid to speak English" - pomyślał pełen złości Łacio. Jednak zakończenie tej wypowiedzi było zupełnie inne.
- That I love you - dokończył wreszcie Racket i spojrzał pytająco na swoją ukochaną. Łaciatek ledwo usłyszał jej odpowiedź:
- I love you, too, Racket.
Tego było już za wiele! Wiadomo, że Racket robił mu na złość, ale żeby Bianka tę miłość odwzajemniała?! Wiedział, że obaj kochają tą samą klacz, ale wiedział też, że Bianka zawsze odprawiała swoich adoratorów z kwitkiem.
Z zamyślenia wyrwali go Michał i Alicja, to jest pan Racketa i pani Łaciatka, której z całego serca nie znosił. Tylko jej ojciec był dla niego dobry i tylko dla niego jako tako Alicję szanował.
Jednak nie tylko to Łaciowi się nie podobało. Ponieważ między Michałem i Alą był pewien rodzaj przyjaźni, często jeździli razem na wycieczki do lasu. Na szczęście, dzięki swojemu łagodnemu usposobieniu dzielnie znosił te jazdy, choć jego myśli biegły zupełnie innym torem. Przez to Alicja i Michał byli utwierdzeni w fałszywym przekonaniu, że ich konie lubią się tak samo jak oni sami.
Podczas tych rozmyślań Alicja zdążyła mu już założyć różowy (o, zgrozo!) kantar. Fakt, że był wałachem, ale cały czas jednak facetem! Nienawidził tego kantara tak samo jak całej Alicji, za każdym razem myślał tylko "Cóż to za upokorzenie!" i poddawał się krytycznemu spojrzeniu kolegów.
Była śliczna pogoda, więc wszyscy wyszli na zewnątrz. Łaciatek i Racket musieli znosić męczarnie stania obok siebie, Bianka stacjonowała na przeciwko nich i obaj mogli się jej przyglądać, na co oczywiście żaden nie chciał się odważyć. Michał zabrał się za czyszczenie swojego pupilka, ale już po chwili gdzieś wyszedł, jak to miał w zwyczaju. Szybko jednak wrócił z siodłem i ogłowiem, założył je Racketowi i poszli na ujeżdżalnię.
Łacio stał przywiązany do słupa cudownym sposobem Alicji, która na chwilę obecną udała się za Michałem. Maciek cały czas prowadził pogawędkę ze stajennym i nie mieli zamiaru szybko jej kończyć, gdyż temat zszedł na samochody wyścigowe. Warunki były więc idealne.Nie czekając dłużej dzielny wierzchowiec w różowym kantarze przeszedł do czynów. Nie wiadomo, czy to on był aż tak mądry, czy Ala była aż tak głupia, że nie potrafiła go przywiązać do słupka. Łaciatek oswobodził się jednym szarpnięciem i ostrożnie podszedł do Bianki. Stała piękna jak zwykle w sierpniowym słońcu, ze swoją błyszczącą grzywą i ogonem... Łacio szybko wyrwał się z rozmarzenia i zaczął realizować swój plan.
- Cześć, co słychać? - zaczął nieśmiałym akcentem. - Chcąc nie chcąc słyszałem twoją rozmowę z Racketem...
- I co z tego? - przerwała mu ze zniecierpliwieniem. - Ty zawsze podsłuchujesz.
Łaciatek został zbity z tropu. Taka delikatna dziewczyna i takie mocne słowa?
- Nie no... bo tego, znaczy ten... no... - całkowicie się pogubił. - Ja tylko chciałem cię zapytać, czy... - wziął głęboki oddech, jak to musiał zawsze robić w trudnych momentach rozmowy - czy ty naprawdę kochasz Racketa?! - wyrzucił z siebie ostatnie słowa z wyraźną ulgą i głośno parsknął. Z napięciem czekał na odpowiedź.
- A co cię to obchodzi? - odcięła się, ale od razu sprostowała swoją odpowiedź. - A właściwie to nie, nie kocham go, ale nie chcę robić mu przykrości.
W ten oto sposób Łaciatek został zbity z tropu po raz drugi. Miał już się nawet pogodzić z sytuacją i wrócić na swoje miejsce przy drążku.
- I ma taki wielki autorytet u wszystkich w stajni - dodała jeszcze, na które to słowa Łacio prychnął z pogardą. "Wielki mi autorytet!" - pomyślał. - "Oszust i tyle!" Nie wyraził tego głośno, ale w zamian powiedział coś właściwie dużo gorszego:
- I tylko dlatego... dlatego mówisz temu palantowi, temu idiocie, że go kochasz?!
Biance chwilowo odebrało mowę, ale po chwili zebrała się w sobie i zaczęła uspokajanie swojego kolegi.
- Łaciatek, posłuchaj mnie - odezwała się ostro. Od razu na nią spojrzał. - Gdybym mu odmówiła nie dałby ci spokoju...
- A to niby dlaczego? - zapytał, choć dobrze wiedział, o co chodzi.
- Dlatego, że uważam cię za lepszego od niego. O wiele! I to we wszystkim - dodała, wprawiając siebie i Łacia w dużo lepszy humor.. Ba, we wspaniały humor!
"Ona odwzajemnia moją miłość" - zachwycał się w duchu Łaciatek. Był wręcz wniebowzięty.
I wtedy przyszła Alicja, wyrywając zakochanych z zamyślenia, ale zła bynajmniej nie była.
- Łaciusiu, jak ty się odwiązałeś? - zapytała słodkim głosikiem. - Niedobry konik! Tak nie wolno!
Biedny Łaciatek zastanawiał się czasami, czy nie wygląda na cofniętego w rozwoju. Oczywiście tak nie wyglądał, ale w towarzystwie swojej pani mógł się tak poczuć. Na szczęście była to jedyna osoba, która go za takiego uważała.
Tymczasem został on już wyczyszczony oraz osiodłany. Ala odwiązała go (bardzo się przy tym trudząc) od słupa, dosiadła swego wierzchowca i pojechali na jazdę w teren.
Teren nigdy nie był zbytnio ciekawy. Łaciatek był przyzwyczajony do lasu, bo jeździł tam prawie codziennie. Znał trasę ich wycieczek na pamięć (choć Alicja myślała, że to jej magiczne moce): codziennie w tym samym miejscu miał ruszyć kłusem, codziennie w tym samym miejscu zagalopować, codziennie przejeżdżał koło tego samego drzewa, którego w swoim czasie się bał... i dzięki temu strach w końcu minął. Właściwie maneż odwiedzali tylko przed zawodami, w których niezbyt często brali udział. Dla Łacia była to oczywiście miła odmiana, ale tej niedzieli Ala nie myślała w ogóle o startach i musiał znieść kolejny nudny teren.
O dziwo, ten teren nie był wcale nudny. Niby jechali tą samą trasą, ale Łaciatek już czuł, że coś się święci. Jechali spokojnym kłusem, kiedy nagle złe odczucie zaczęło się powiększać. Po chwili było to tak uciążliwe, że Łacio musiał dać mu jakiś upust. Zagalopował. Na nic się zdało rozpaczliwe szarpanie za wodze, jak i na nic się zdało samo galopowanie: złe odczucie nie zmniejszyło się, wręcz przeciwnie - znowu zaczęło się powiększać. Łaciatek postanowił odnaleźć jego źródło. Ruszył cwałem i gwałtownie skręcił. Alicja ledwo trzymała się w siodle, krzyczała i szarpała za wodze, co w tym wypadku nie miało żadnego sensu. Jeśli koń coś postanowi, to skończyć musi. Jednak teraz koniec nadszedł niespodziewanie szybko i w niespodziewanym miejscu. Oto przed nimi, na gałęziach dwóch rozłożystych dębów wisiała czarna zasłona. Łaciuś zatrzymał się raptownie, wyrzucając Alicję przed siebie.
Byłby z tego bardzo zadowolony, gdyby nie fakt, że jego pani po prostu nigdzie nie było. Przed zasłoną, za zasłoną, pod zasłoną, nad zasłoną, obok zasłony, w zasłonie... Łaciatkowi zaczęło brakować możliwych do sprawdzenia miejsc. Jego pani nie było i tyle. Nie mógł się bez niej pokazać w stajni i mimo radości z jej upadku był nieco strapiony.
Czekał zamyślony na... właściwie to w takiej sytuacji mógł czekać jedynie na cud. Przystanął pod drzewem i zaczął spokojnie obgryzać liście z pobliskiego krzaczka. Postał tak przez chwilę, po czym jeszcze raz rozejrzał się po okolicy, ale niczego nadzwyczajnego nie zauważył. Wrócił pod swoje drzewo i dla odmiany zabrał się za przeżuwanie trawy. Czekał dalej.
W końcu się doczekał. Tętent kopyt wyrwał go z zamyślenia. Łaciatek w mgnieniu oka porzucił smutne myśli i odwrócił się w kierunku, z którego owy dźwięk pochodził. Ścieżką galopowała Bianka z Michałem na grzbiecie. Jej srebrzysta grzywa powiewała na wietrze, sierść błyszczała w słońcu... Ale chwila... Michał na Biance? Nawet mądremu Łaciowi niektóre rzeczy nie mieściły się w głowie. Klacz zahamowała raptownie, choć z wielką gracją przed zasłoną. Łaciatek gotów był mieć déjà vu, ale Michał mu to uniemożliwił nie wpadając na zasłonę. Poprawił swoją pozycję w siodle i rozejrzał się dookoła. Jego uwagi nie przykuła wcale zasłona, która bez wstydu wisiała sobie w lesie, a Łaciatek.
- Gdzie jest Ala? - zapytał Michał pobliskie drzewo. Pytanie miało być jednak skierowane do Łacia, który absolutnie się tym nie przejął i zajął się przepytywaniem Bianki:
- Co się stało? Co ty tu robisz? Dlaczego przyjechałaś z Michałem? - chwilowo zabrakło mu tchu i Dar Niebios wreszcie mógł odpowiedzieć.
- Racket zniknął! - zaczęła wyjaśniać smutnym głosem, co Łacia wprawiło w czystą furię. - Zrzucił Michała i pocwałował do lasu, teraz go nigdzie nie ma, więc Michał wybrał się na poszukiwania i wypadło akurat na mnie. I tak sobie jechaliśmy, aż nagle poczułam coś niedobrego... i przybiegłam tutaj, pod tę dziwną zasłonę.
- Ciekawe... Wszystkie konie dziś ciągnie do tej zasłony... Przybiegłem tu z godzinę temu, zatrzymałem się, Alicja spadła i teraz jej nie ma. A w stajni przecież nie mogę się bez niej pokazać!
- Może ta zasłona pochłania wszystko, co jej dotknie? - zasugerowała Bianka patrząc na Michała, który wreszcie zwrócił uwagę na zasłonę i podszedł do niej bliżej. Łaciatek również odwrócił się w tamtą stronę. - Tak mi się wydaje - dodała Bianka, kiedy biedny Michał został wciągnięty w niewiadome miejsce przez czarną zasłonę.
- Dobra, idziemy tam! Ktoś musi rozwiązać te sprawę!
Konie podeszły do tajemniczego obiektu i dotknęły go głowami.
I taki jest koniec rozdziału pierwszego! Już niedługo zacznę pisać drugi. Gorąco zachęcam do czytania i komentowania. :P
